O polityce, o gospodarce i o stu innych sprawach - Dominika Wielowieyska
Kategorie: Wszystkie | Gospodarka | Polityka
RSS
poniedziałek, 03 grudnia 2007
W trosce o los "Rzeczpospolitej"

Czy Platforma Obywatelska będzie chciała wpływać na kształt kierownictwa „Rzeczpospolitej”? Takie obawy mogą się pojawić przy prywatyzacji dziennika i w związku z doniesieniami o kolejnej rewolucji kadrowej w dziedzinach kontrolowanych przez rząd.

Nowy minister skarbu Aleksander Grad zapowiedział sprzedaż udziałów państwa w spółce PW Rzeczpospolita, współwydającej dziennik „Rzeczpospolita”. Państwo kontroluję „Rzeczpospolitą” w 49 proc., Pakiet kontrolny – 51 proc.- na prywatny fundusz brytyjski Mecom. Oby Grad dotrzymał słowa, bo początkowo nie chciał złożyć tak jasnej deklaracji. Dopiero mocno nagabywany przez dziennikarzy ogłosił plany sprzedaży. Póki co minister doprowadził do odwołania szefa rady nadzorczej PW Rzeczpospolita oraz członka rady reprezentującego skarb państwa. Wyjaśnił, że osoby te mają związek z dziwnym i nieskutecznym przyspieszeniem prywatyzacji, jakie nastąpiło u schyłku rządów PiS. Czy tylko o to chodziło?

Dziś w „Rzeczpospolitej” dominują publicyści konserwatywni, którym bliskie są idee głoszone przez PiS. Przez ostatnie dwa lata gazeta ta była dość wyrozumiała nie tylko dla PiS, ale także dla Samoobrony oraz LPR, choć oczywiście pojawiały się teksty krytyczne wobec rządu, głównie autorów zewnętrznych. W wielu felietonach dominowało jednak oburzenie na tych, którzy PiS krytykują. Czy taka linia tego dziennika miała związek z tym, że współwłaścicielem jej jest państwo? Wszystko wskazuje na to, że tak, mimo, iż skarb państwa ma tylko 49 proc. udziałów w spółce wydającej gazetę. Tomasz Wróblewski ujawnił publicznie, jak prowadzono negocjacje w sprawie obsady kierownictwa redakcji. Wynikało z tej relacji, że redaktor naczelny „Rzeczpospolitej” Paweł Lisicki zawdzięcza swoją posadę po części temu, iż prywatny inwestor chciał mieć dobre relacje z rządzącymi, dlatego wybrał ekipę, której bliska była wizja IV RP. Dziś władzę przejęła Platforma Obywatelska. U polityków PO może narodzić się pokusa odwetu na redaktorach sprzyjających PiS-owi. Już w raporcie na temat mediów publicznych przygotowanym przez Platformersów w zeszłym roku pojawiały się w negatywnym kontekście nazwiska dziennikarzy „Rzepy” Boję się scenariusza, w którym skarb państwa, sprzedając swoje udziały, podyktuje warunki nie tylko finansowe, ale także spróbuje wymusić zmianę kierownictwa redakcji na ludzi niechętnych PiS-owi. Byłoby to klasyczne zagranie w stylu PiS. Oby do tego nie doszło.

Rząd powinien sprywatyzować spółkę jak najkorzystniej dla skarbu państwa i pozostawić prywatnemu właścicielowi decyzje personalne. Piszę to mając w pamięci najróżniejsze obelgi, które redaktorzy „Rzeczpospolitej” miotali pod adresem „Gazety Wyborczej”. Wiem jednak, że naturalne jest, iż na rynku jest dziennik o tak silnym konserwatywnym, a czasami wręcz integrystycznym zabarwieniu. Problemem było pytanie o instytucjonalne uzależnienie od PiS, ale dziś, gdy partia ta straciła władzę, pytanie jest nieaktualne. Mamy zdrowszy układ: dziennikarze nie będą oszczędzać rządu PO i PSL. W tej sprawie nie chodzi jednak o obronę Lisickiego, chodzi przede wszystkim o to, aby rządzący nie usiłowali sterować mediami. Niech nowy styl będzie widoczny w sprawie „Rzeczpospolitej”.

17:20, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (29) »
czwartek, 15 listopada 2007
Przeciwko podatkowi liniowemu

Platforma Obywatelska nie powinna upierać się przy wprowadzeniu podatku liniowego. Wystarczy obniżyć te stawki, które wcześniej przeforsował PiS i mieć z głowy jeden ze spornych punktów z PSL.

W dłuższej perspektywie podatek liniowy na poziomie 15 proc. na pewno opłaciłby się gospodarce. Bo bogaci prawdopodobnie  inwestowaliby te pieniądze, a nie przejadali. Faktem jest także i to, że podatek liniowy wciąż oznacza, że bogaci płacą więcej od biednych.  A jeżeli liniowy przyczyniłby się do pobudzenia wzrostu gospodarczego, to skorzystaliby na tym wszyscy, także ci mniej zamożni. Problem jednak polega na tym, że w odczuciu społecznym byłby to przede wszystkim prezent dla najzamożniejszym. Dlatego trudno brać po uwagę jedynie rachunek ekonomiczny.  

Jako obywatele jesteśmy różni pod każdym względem, różne mamy umiejętności i zdolności, różne zdarzenia losowe spotykają nas w życiu. Ludzie z wyższym wykształceniem, którzy  wykonują intratne zawody, nie mają niepełnosprawnych dzieci, będą zawsze zarabiać więcej. Czy nie jest więc sprawiedliwe, by płacili znacząco więcej do wspólnej kasy niż ci, którzy na wystawne życie nie będą mieli szans z założenia? Minimum solidaryzmu społecznego jest nam potrzebne.  Nauczyciel nie będzie zarabiał tyle co wzięty prawnik, a przecież potrzebujemy w szkołach ludzi wykształconych, dobrze przygotowanych i niesfrustrowanych. Trzeba mieć pieniądze na to, by im zapłacić. Donald Tusk obiecał podwyżki w sferze budżetowej.

Pozostawienie wyższej stawki na lepiej zarabiających ma swoje głębokie uzasadnienie. Ludzie zamożni powinni z założenia brać większą odpowiedzialność na państwowe finanse. Ale też z tego tytułu powinni być naprawdę szanowani, a nie wyzywani od złodziei. Ludzie mniej zarabiający powinni mieć poczucie, że żyją w państwie, w którym szanse na życie w godziwych warunkach są wyrównywane.

To nie znaczy, że PO ma odstąpić od obietnicy obniżania podatków. Jeśli za sprawą nowej koalicji stawki zeszłyby w dół z poziomu 18 i 32 proc. (mają obowiązywać od 2009 roku) do 15 i np.20- 25 proc. to będzie to bardzo znaczący krok. W porównaniu z dniem dzisiejszym najbogatsi zyskają aż 15 proc. obniżki. Stawka 20-25 proc. będzie należeć do jednej z najniższych z Europie. Jeśli jeszcze minister finansów ustawi próg dla tej stawki odpowiednio wysoko, to wówczas system ten będzie bardzo zbliżony do podatku liniowego, bo to 25 proc.  obejmie naprawdę zamożnych Polaków. Ten poziom podatków będzie już wystarczającą zachętą do wychodzenia z szarej strefy. I może spowodować wzrost dochodów budżetowych.

Poza tym są w Polsce sprawy pilniejsze od obniżania podatku najbogatszym: choćby dalsze obniżanie składek ZUS-owskich do takiego poziomu, by rzeczywiście reforma ta wyciągnęła z szarej strefy sporą liczbę obywateli. Dziś, pracując na czarno, nie odkładają oni nic na swoją emeryturę. To zemści się za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat. A wprowadzenie obu reform oznaczałoby potężne obciążenie dla budżetu w krótkiej perspektywie, a więc wysoki deficyt, co także szkodzi gospodarce.

I wreszcie problem polega na tym, że bez PSL Platforma nie zdoła przegłosować podatku liniowego w Sejmie. A bez PSL-u i bez LiD-u nie zdoła obalić weta prezydenta. Ta walka jest więc z góry skazana na porażkę. Po co więc marnować energię?

15:30, dominika.wielowieyska , Gospodarka
Link Komentarze (16) »
środa, 14 listopada 2007
Kaczyński i Tusk nie lubią konserwatystów

Konserwatyści zostali zepchnięci do narożnika zarówno w Platformie Obywatelskiej, jak i w Prawie i Sprawiedliwości. Ale to Jarosław Kaczyński, a nie Tusk, powinien obawiać się ich buntu.

Zarówno w Platformie Obywatelskiej, jak i Prawie i Sprawiedliwości dominuje styl wodzowski, a to nie podoba się niektórym członkom tych ugrupowań. W PO mamy dwór Tuska – grono zaufanych współpracowników, którzy ponad statutowymi ciałami partyjnymi decydują o kluczowym sprawach. Jarosław Kaczyński także przyznał się do tego, że omijał gremia decyzyjne i jednoosobowo kierował swoim ugrupowaniem. Tusk wypchnął z PO Płażyńskiego, Olechowskiego, Rokitę, a grupa konserwatywnych polityków spod znaku Bogdana Zdrojewskiego czy Jarosława Gowina czuje się zdominowana przez ludzi dawnego Kongresu Liberalno-Demokratycznego. O wiele gorzej od Gowina czy Zdrojewskiego poczuli się w swojej partii Kazimierz Michał Ujazdowski i Paweł Zalewski. A nawet , zwany niegdyś trzecim bliźniakiem, Ludwik Dorn. Cała trójka na znak protestu zrezygnowała z funkcji wiceprzewodniczących partii, bo bezskutecznie domagała się kolegialnego podejmowania decyzji. Wydawałoby się z pozoru, że w obu partiach mamy podobną sytuacją, z tą tylko różnicą, że PO wygrała wybory. Ale tylko z pozoru.

Partia polityczna z założenia nie jest organizacją rządzącą się w pełni demokratycznymi regułami. Pozycja lidera musi być silna, w innym przypadku trudno liczyć na sukces w wyborach. Dlatego Jarosław Kaczyński ma rację, że zbyt częste międlenie tego czy innego problemu na licznych naradach i konwentyklach prowadzi do paraliżu i niemocy każdego ugrupowania. Szef partii musi mieć możliwość szybkiego reagowania na nowe wydarzenia, szczególnie w trakcie kampanii wyborczej.

Wszystko prawda. Jest jednak fundamentalna różnica pomiędzy PO i PiS, która sprawia, że Kaczyński powinien poważnie przejąć się postawą swoich trzech partyjnych kolegów. Ujazdowskiemu i Zalewskiemu nie chodzi bowiem o same wpływy dla wpływów, nie chodzi im nawet o przegrane wybory, tylko o to, że wielokrotnie czuli się zażenowani postępkami czy decyzjami swojego lidera. Wielokrotnie musieli połykać własny język w czasie, gdy Jarosław Kaczyński zdecydował o bezpardonowym przejęciu TVP, wyrzucając Bronisława Wildsteina (Ujazdowski wtedy cicho protestował), gdy Anna Fotyga zaliczała kolejne wpadki (Zalewski zadawał niewygodne pytania za co został zawieszony w prawach członka PiS).A Zbigniew Ziobro nie czekając na wyroki sądu orzekał, kto jest mordercą, a kto nie. Siedzieli cicho, gdy szef CBA Mariusz Kamiński urządzał z pomocą TVP pokazówkę w z Beatą Sawicką w roli głównej, co miało dowieść, że cała Platforma jest skorumpowana do szpiku kości. Wielu innych członków PiS-, którzy do tej pory nie polemizowali ze swoim liderem, czuło się tak samo. Być może zaskoczeniem było to, że do Ujazdowskiego i Zalewskiego dołączył Dorn, ale on też miał dosyć niektórych decyzji Kaczyńskiego. Tyle tylko, że Dorn milczał, a nawet bronił Kaczyńskich. Wychodził z założenia w kampanii nie ma czasu na toczenie wewnątrzpartyjnych dyskusji. Ale po wyborach – owszem. Nie zapominajmy, że wcześniej przegrał w starciu ze Zbigniewem Ziobro i stracił posadę szefa MSWiA. Także dlatego, że nie podobało mu się to, co robi Ziobro. I nie akceptował niektórych decyzji personalnych premiera. Jego udział w buncie to prawdziwa porażka Kaczyńskiego, bo jeśli tak lojalny współpracownik zdecydował się na ów desperacji krok, to oznacza, że partii niezadowolenie będzie rosnąć. Liderzy PiS-u- szczególnie Jarosław Kaczyński - nie chcą lub nie dostrzegają tej istotnej różnicy między swoją partią a Platformą. Pytani o rezygnację trójki wiceprezesów powtarzają w kółko, że w PO też panuje dwór Tuska.

Owszem Tusk nie boi się niezadowolenia w swojej partii, bo na razie świętuje zwycięstwo. Ale rzecz w tym, że Tusk nie musi się obawiać buntu także z innych powodów: politycy, którzy czują się lekceważeni, raczej nie odczuwali zażenowania z powodu decyzji swojego lidera. Może niektóre pomysły Tuskowego dworu mogły nie przypaść im do gustu, ale nie da się tego porównać z traktowaniem mediów publicznych czy sojuszem z ks. Rydzykiem. Konflikty mają w PO przede wszystkim charakter personalny, a nie ideowy. Przyczyną rozpadu Platformy mogła być decyzja czy wchodzić w koalicję z PiS czy z LiD. Ale ten dylemat już zniknął, nie ma więc żadnego istotnego sporu światopoglądowego. Dlatego groźba buntu w PiS-ie jest o wiele większa niż w PO. Może nie nastąpi on dziś, może nie będzie rozłamu, ale ferment pozostanie. Bez próby rachunku sumienia i dogadania się z buntownikami PiS może słabnąć z miesiąca na miesiąc.

16:01, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (7) »
piątek, 09 listopada 2007
Giedroyć i Bartoszewski

Prof. Władysław Bartoszewski wycofał się z rady przyznającej nagrodę im Jerzego Giedroycia. Nagrodę przyznaje redakcja „Rzeczpospolitej”. Prof. Bartoszewski powiedział w „Gazecie”, że nie może w tej sprawie współpracować z redakcją „Rzeczpospolitej”, ponieważ jego poglądy rażąco się różnią od poglądów dominujących na łamach tej „Gazety”. Podkreślił nawet, że nie chodzi mu o wartościowanie, które poglądy są lepsze , tylko fakt istnieniach różnicy w poglądach.
Redaktor naczelny „Rzeczpospolitej” Paweł Lisicki przyjął tę wiadomość źle. Napisał, że Bartoszewski jest „instrumentem Gazety Wyborczej”. Przypomniał, że Bartoszewski użył mocnych słów wobec współpracowników Anny Fotygi  („dyplomatołki”, „dewianci”) i „Rzepa” piórem Lisickiego za to go skrytykowała. Dlatego szef „Rzepy” uważa, że decyzja Bartoszewskiego to rodzaj zemsty.
Jego komentarz był pełen goryczy, a wynikało z niego, że Lisicki chętnie przyłożyłby profesorowi mocniej, ale ze względu na życiorys Bartoszewski powstrzyma się od tego.
Cóż rzec redaktorowi Lisickiemu? Bartoszewski nie jest niczyim instrumentem, słusznie zauważył, że poglądy Giedroycia mają się nijak do poglądów dzisiejszych szefów „Rzepy”  Bo to prawda!!!! Można było doradzić Lisickiemu jedynie powściągliwość. Trzeba było ogłosić, że decyzję redakcja przyjmuje z żalem i tyle, a nie atakować Bartoszewskiego. 

Moim zdaniem fakt, iż „Rzepie” nie podobały się dyplomatołki nie ma tu nic do rzeczy. Ale skoro jesteśmy już przy dyplomatołkach, to warto zastanowić się nad krytyką Lisickiego w tej sprawie. Bo o ile nawiązanie do Koziołka Matołka bardziej mnie śmieszy niż denerwuje, to już używanie słowa „dewianci” też budzi mój sprzeciw. Ale….
Dawno, dawno temu wybrałyśmy się z Ewą Milewicz w odwiedziny do pewnej bardzo znamienitej postaci, której życiorys zwyczajnie powala na kolana. W trakcie miłej pogawędki w tonie żartobliwym powiedziałam coś, co nie spodobało się mojemu gospodarzowi. Odpowiedział mi w taki sposób, że wbiło mnie w krzesło. Nie była ta odpowiedź elegancka. Spojrzałam na Ewę, która zawsze jest bardzo wyczulona na wszelkiego rodzaju grubiaństwa. I zawsze stawała w mojej obronie. Tym razem miała minę, jakby nic się nie stało. Gdy wyszłyśmy, zapytałam ją oto. Popatrzyła na mnie i powiedziała: „Jest taka niewielka grupa osób, którym wolno więcej, właśnie ze względu na życiorys, ze względu na to co w życiu przeżyli i co zrobili. I on do nich należy, jest nawet na pierwszym miejscu.”
Dzisiaj przypomniała mi się ta historia. Oto Władysław Bartoszewski był poniewierany przez ekipę Jarosława Kaczyńskiego w sposób skandaliczny. Przypomnijmy wypowiedzi Lecha Kaczyńskiego, przypomnijmy deklarację Macierewicza, że większość szefów MSZ była agentami sowieckimi. Annie Fotydze nie przyszło do głowy , by to skomentować, nie przyszło do głowy, by Bartoszewskiego przeprosić.  Nie wspomnę o premierze czy samym Macierewiczu. Jak nigdy dotąd mieszano z błotem autorów polityki zagranicznej sprzed 2005 roku. A przy tym nasza dyplomacja osiągała wyżyny niekompetencji. I krewki profesor powiedział to co powiedział. W tych okolicznościach trzeba było raczej zastanowić się dlaczego, prof. Bartoszewski, który zazwyczaj jest przyjazny wobec wszystkich i koncyliacyjny, dlaczego dziś został wyprowadzony z równowagi. Ale na to redaktorowi Lisickiemu zabrakło czasu.

18:11, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (14) »
środa, 31 października 2007
Platforma upaja się władzą?

Zbigniew Chlebowski, jeden z liderów PO, oświadczył publicznie, że Platforma rozważa wycofanie się z obniżki składek ZUS-owskich (konkretnie rentowej), którą uchwalił Sejm mijającej kadencji. Dodał, że obniżkę można zostawić jedynie dla osób podejmujących pracę lub otrzymujących pensję na poziomie płacy minimalnej.

ZUS już skrytykował te plany. Szef ZUS-u Paweł Wypych powiedział, że trudno będzie w tak krótkim czasie zmienić program Płatnik, którym posługują się firmy. Na to Chlebowski zasugerował, że Wypycha trzeba po prostu wyrzucić. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. To ten sam poseł Chlebowski, stonowany, rozsądny? Czyżby władza uderzyła do głowy? Jak można formułować takie groźby? Wypych należy do tych PiS-owskich nominacji, które można określić mianem rozsądne. Tymczasem reakcja Chlebowskiego przypomina najgorsze wzorce, ustanowione przez Jarosława Kaczyńskiego. Chlebowski nie wie, jak praktycznie wyglądałaby zmiana programu, by zrealizować zapowiedzi PO, ale nie waha się straszyć urzędnika zwolnieniem, bo ten mówi niewygodne rzeczy.

Zresztą obniżanie składek tylko niektórym jest najgorszym z możliwych pomysłów. Takie wyjątki od wyjątków w każdym systemie - czy to składek ZUS-owskich, czy podatkowym czy jakimkolwiek innym - sprzyjają kombinowaniu. Im prostsze reguły, tym mniejsze pole do nadużyć. Proponując obniżkę jedynie tym najmniej zarabiającym kusimy i pracodawców i pracowników do ustalania pensji na najniższym poziomie, bo dzięki temu zapłacą oni niższą składkę. Reszta płacy będzie dawana pod stołem. Po co tworzyć system, zachęcający do kombinowania? To oznacza niższe wpływy do państwowej kasy.  Wycofanie się z obniżki składek uważam za błąd. Powinny być one nadal obniżane, nawet jeśli opóźni to obniżkę podatków. Wyciągnięcie ludzi z szarej strefy tak, by pracowali oficjalnie, jest z najbardziej palących problemów. Osoby te nie odkładają nic na swoją emeryturę, z czego będą żyły na starość? Główną barierę wejścia do oficjalnego obiegu są właśnie składki ZUS-owskie. Warto, aby nowy rząd wziął pod uwagę te argumenty.

10:51, dominika.wielowieyska , Gospodarka
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 29 października 2007
Rzepa kreuje Dzięcioła

Brawo! Udało się! Do tej pory ci fatalni politycy PO dzielili włos na czworo, kręcili, gorzej – mówili, że żadnych czystek w urzędach nie będzie. Brakowało porządnej deklaracji tak, aby można było tryumfalnie obwieścić, że nie są gorsi od PiS w zawłaszczaniu państwa. Co robić, co robić… I w końcu znalazł się jeden chętny, by złożyć odpowiednią deklarację. „Rzeczpospolita” opublikowała wywiad z Januszem Dzięciołem, bohaterem programu „Big Brother”, który dostał się do Sejmu z list Platformy. Na początku Dzięcioł mówi, że nie ma co koncentrować się na rozliczaniu PiS, bo są ważniejsze sprawy. Niestety żądzą zemsty nie dyszy. Ale w końcu dziennikarka zadaje pytanie „Czyli wszystkich z PiS trzeba pogonić?” „Tak. Zdecydowanie pogonić” – pada odpowiedź. Ważną tę deklarację Rzepa opublikowała na drugiej stronie.

11:19, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (10) »
czwartek, 25 października 2007
Solska o bogaczach

Bardzo polecam artykuł Joanny Solskiej w ostatniej „Polityce” o losie polskich milionerów. Dlaczego milioner nie może sobie pozwolić na 6-miesięczny areszt? – zajrzycie do tekstu, a będziecie wiedzieć.

Ten materiał to dobre podsumowanie kłopotów naszych bogaczy, dla których głównych testem ich prawdziwych zdolności biznesowych będzie to, czy odcięci od państwowych konfitur potrafią sobie radzić samodzielnie. Ten sposób spojrzenia na sprawę zawsze mi odpowiada: spokojna analiza bez oszalałej misji antykorupcyjnej przy jednoczesnej świadomości, że styk biznesu i polityki może przybierać charakter patologiczny – i co tu się oszukiwać – przybierał.
Dość kąśliwy fragment  o Dominice Kulczyk i Janie Lubomirskim: ciekawe, kim była owa dziennikarka, która nieopatrznie wybrała się na ich ślub. Swoją drogą pamiętam, jak wspomniana para organizowała bal na zamku w Wiśniczu, to wiele osób z kręgu Lubomirskich reagowało na tę inicjatywę niechętnie. Żartowano sobie po cichutku, że kluczowymi gośćmi imprezy byli szefowie koncernu PKN Orlen  Zbigniew von Wróbel oraz Sławomir von Golonka.
Ale ten kawałek obyczajowy to tylko dygresja. W tekście jest wiele innych ciekawych spostrzeżeń, więc zachęcam do lektury.

10:28, dominika.wielowieyska , Gospodarka
Link Komentarze (7) »
środa, 24 października 2007
Pawlak do rządu marsz

Waldemar Pawlak powiedział, że nie musi być w rządzie. Wiele wskazuje na to, że chciałby być marszałkiem Sejmu. To układ bardzo niezdrowy.

Najlepiej byłoby, aby obydwaj liderzy partii koalicyjnych znaleźli się w rządzie. Dzięki temu obydwaj biorą odpowiedzialność za jego działanie. Jeżeli szef PSL zostałby marszałkiem Sejmu, to może to oznaczać, że już wkrótce będziemy mieli do czynienia z ośrodkiem recenzującym rząd, którego liderem będzie właśnie Pawlak. Mógłby on szachować Tuska decyzjami, jakie ustawy wchodzą pod obrady, a jakie nie.

Jeżeli już PO miałaby oddać marszałka ludowcom, to powinien nim zostać ktoś spoza grona ścisłego kierownictwa PSL. Dzięki temu marszałek nie odważy się działać wbrew własnemu rządowi i wbrew własnemu liderowi. Natomiast układ proponowany przez Pawlaka może prowadzić do utworzenia dwóch ośrodków decyzyjnych, a w konsekwencji do chaosu.
Tymczasem Polsce jest potrzebny sprawny rząd i sprawna koalicja mówiąca jednym głosem, a nie ciągłe przeciąganie liny.

10:23, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (8) »
wtorek, 23 października 2007
Do Piotra Semki

Piotr Semka we wtorkowej „Rzeczpospolitej” zacytował fragment z tekstu opublikowanego na tym blogu.

„Czy Platforma ma jeszcze szansę? – pytała w dramatycznym tonie publicystka „Gazety Wyborczej” Dominika Wielowieyska w swoim blogu, wieszcząc wzrost notowań PiS w sondażach i staczanie się PO.” – napisał Semka

Bardzo mi miło, że przypomniał czytelnikom o moim blogu. Zastanawiam się jednak dlaczego Piotr twierdzi, że używam dramatycznego tonu. Zachęcam wszystkich, by zajrzeć do tego tekstu. Dramatyzmu nie ma tam za grosz. Jest to raczej analiza dokonań kampanijnych trzech komitetów wyborczych. Nie wieszczyłam wzrostu notowań PiS, napisałam, że te dobre notowania można zobaczyć w ówczesnych badaniach. W wielu rozmowach prywatnych mówiłam, że niezależnie od wyniku wyborów Polska da sobie radę. Sądziłam, że PiS wygra nieznacznie, ale jednak wygra. Ale nie uważałam tego za sygnał upadku kraju. Owszem byłam i jestem krytyczna wobec tego co robi PiS, ale jeżeli robił rzeczy słuszne - mówiłam o tym. Jeśli chodzi o politykę – nie dramatyzuję, i to już od jakiś piętnastu lat.

17:46, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 22 października 2007
Nowe Otwarcie

Podobnie jak wielu innych dziennikarzy, nie mogłam uwierzyć w wyniki sondażowe, które docierały do nas nieoficjalnie ok. 16. Przewaga Platformy wydawała się niewiarygodna. Sądziłam, że dystans między PO a PiS się zmniejszy. I tak też się stało, choć nadal różnica jest ogromna.

PiS dostał od losu wielki prezent, rozpoczął rządy w chwili, gdy do Polski płynęły rwącym strumieniem pieniądze z Unii Europejskiej, a w gospodarce zakrólowała koniunktura. Wzrost gospodarczy pozwolił tej partii na niebywale wręcz rozdawnictwo pieniędzy. Ludzie czuli przypływ optymizmu. Mieli też przeświadczenie, że bracia Kaczyńscy to politycy uczciwi, dla których majątek osobisty nie ma znaczenia. Zapisali się w świadomości Polaków, jako ci, którzy chcą walczyć z korupcją. Mimo tych wielkich atutów PiS przegrał z powodu pazerności w zawłaszczaniu instytucji państwowych, agresji w życiu publicznym, wykorzystywaniu służb specjalnych do niszczenia przeciwników politycznych. Przegrał na własne życzenie z powodu rażących błędów w strategii kampanijnej i przekonania, że Polaków nie obchodzi jakość demokracji, że nie obchodzą ich fundamenty cywilizacyjnego państwa takie jak poszanowanie sądów i zasady domniemania niewinności. Próbkę stylu Jarosława Kaczyńskiego zobaczyliśmy ponownie zaraz po ogłoszeniu wyników. Premier w jednym rzędzie postawił zabójcę ks. Popiełuszki z „Gazetą Wyborczą”, Platformą Obywatelską oraz innymi mediami. Jest to podłość. To wykorzystanie pamięci o męczenniku do ataków politycznych. Dalsza część przemówienia premiera była już godna poważnego polityka, który przyjął porażkę spokojnie, nie kwestionuje wyników wyborów i gratuluje zwycięzcy.

Wystąpienie Tuska było takie przewidywalne. Ważne było podziękowanie dla Władysława Bartoszewskiego, bo na pewno miał on wpływ na wynik wyborów. Ważnym akcentem było odśpiewanie hymnu narodowego. Dla wyborców Platformy był to moment uniesienia, a jednocześnie był to sygnał, że PiS nie ma monopolu na patriotyzm w wymiarze symbolicznym.

Jakie jeszcze wnioski wypływają ze zwycięstwa PO? Po raz kolejny sprawdziła się zasada, że kto bez żadnych skrupułów przejmuje telewizję publiczną i czyni z niej tubę propagandową rządu niszcząc niezależność dziennikarską, przegrywa wybory. Sprawdziło się to w przypadku PSL, SLD, i dziś ponownie w przypadku PiS.

Nie można jednak lekceważyć faktu, że Jarosław Kaczyński nadal ma spore poparcie ponad 30 proc. wyborców. Nie można lekceważyć przekonań tych Polaków, którzy mają poczucie, że państwo było przed 2005 rokiem rządzone przez układ elit polityczno-gospodarczych, nastawionych jedynie na swój zysk. Wielkim zadaniem nowej koalicji rządzącej będzie przekonanie tych Polaków, że tak nie jest, że mamy budować Polskę obywatelską, w której każdy z nas ma szansę na karierę, na lepsze życie, na znaczący udział w życiu publicznym w społecznościach lokalnych. Nie można też odbierać zasług temu rządowi takich jak większe otwarcie zawodów prawniczych, obniżenie składek ZUS-owskich, uchwalenie reformy, obniżającej podatki, przywiązywania wielkiej wagi do wykorzystania środków unijnych. Choć lista szkód jest o wiele dłuższa.

Nie da się też lukrować teraźniejszości: koalicja PO-PSL – jeśli powstanie – nie będzie łatwa. W sferze gospodarczej te partie nadal prezentują zupełnie odmienne filozofie. PSL może blokować reformę KRUS-u, obniżanie podatków, reformę służby zdrowia. Waldemar Pawlak pozostaje nadal pewną zagadką. Nie można też zapominać, że Platforma rozbudziła wielkie nadzieje obietnicami na wyrost: podniesienie płac w sferze budżetowej i jednoczesne wprowadzenie podatku liniowego na poziomie 15 proc. to projekt niezwykle ryzykowny, który może zachwiać równowagą budżetową. Tym bardziej, że pod swojej kadencji mijający Sejm uchwalił masę ustaw, zwiększających wydatki państwa. I pozostaje otwarte pytanie, czy rząd PO-PSL będzie w stanie zastosować w praktyce starą zasadę, że wszystkie bolesne reformy trzeba przeprowadzić w pierwszym roku po wyborach.

09:40, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10