O polityce, o gospodarce i o stu innych sprawach - Dominika Wielowieyska
Kategorie: Wszystkie | Gospodarka | Polityka
RSS
piątek, 19 października 2007
Zgadzam się z premierem

Zgadzam się z premierem…. choć nie do końca. Jarosław Kaczyński oświadczył w piątek, że sondaże są sfałszowane. One nie tyle są sfałszowane, ile z założenia nie mogą precyzyjnie przewidzieć wyniku wyborów. Wiadomo, że sondaże telefoniczne są mało precyzyjne, że wiele osób wciąż nie może się zdecydować, na kogo zagłosować, albo też nie chce tego zdradzić ankieterom. Dlatego wynik starcia PO-PiS nadal jest nieznany. Być może dla PO byłoby lepiej, że była druga w sondażach, bo to mogłoby zmobilizować elektorat niechętny PiS-owi. Wielu socjologów twierdzi, że PiS jest w sondażach niedoszacowany.

Wyraźny skok PO nastąpił po rozdzierającej konferencji posłanki Sawickiej. Podświadomą reakcją na jej szloch jest współczucie. I choćby rozum przypominał nam, że ona zwyczajnie wzięła łapówkę, że niektóre fragmenty jej występu mogły budzić zażenowanie, to jednak w sercu zostaje obraz kobiety, która przed wyrokiem sądu została zlinczowana przez CBA na potrzeby kampanii wyborczej. Tym samym PiS rozpętał akcję, która być może przyniosła mu straty zamiast zysków. Propagandowi macherzy zapomnieli, że te same grepsy użyte w różnym czasie  i różnych okolicznościach mogą przynieść zgoła odmienne rezultaty. O ile występ prokuratorów w sprawie b. szefa MSWiA Janusza Kaczmarka był strzałem w dziesiątkę, o tyle spektakl z Mariuszem Kamińskim w roli głównej nie dał się w żaden sposób usprawiedliwić, bo Sawicka została już wcześniej wyrzucona z PO i skreślona z jej list. Nikt nie podważał wagi zarzutów pod jej adresem. Nic nie uchroni ją przed karą. Wyborcy niezdecydowani – jak widać – nie lubią, jak ktoś kopie leżącego.

Gdyby badania oraz wynik wyborów potwierdził tę hipotezę, to może zniechęciłoby to partyjnych marketingowców do masowego  zadawania ciosów poniżej pasa?

Reklamówka PO mówiąca o ludziach ginących na drogach z powodu braku autostrad i sugestie, że odpowiedzialny jest za to Kaczyński była fatalna i prawie prawie dorównywała reklamówce PiS o tym, że PO będzie zabijać pacjentów, prywatyzując służbę zdrowia. Jednak konferencja Kamińskiego nie dała się z niczym porównać, bo tu już chodziło o żywego człowieka. I wyborcy być może tę różnicę dostrzegli.

17:25, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (3) »
piątek, 12 października 2007
Czy PO ma jeszcze szansę?

Do środy sądziłam, że tylko Władysław Bartoszewski może jeszcze uchronić Platformę Obywatelską od klęski. A tu niespodziewanie Platformie zaczął pomagać Aleksander Kwaśniewski, którą swoją kolejną  niedyspozycją uderza w wizerunek LiD-u.
Najnowsze sondaże potwierdzają tendencje występujące w innych badaniach: PiS zyskuje, Platforma traci. Bo nie ma co przywiązywać wagi do konkretnych liczb. Liczy się to, czy krzywa notowań wznosi się czy opada. 
Kampania wyborcza Prawa i Sprawiedliwości jest niezwykle sprawna. Ale też zaczęła się o wiele wcześniej niż ogłoszono wybory. Jarosław Kaczyński już na samym początku swoich rządów postawił sobie jeden cel: skonsumowanie przystawek. I konsekwentnie przejmuje elektorat Samoobrony i LPR – badania wyraźnie na to wskazują.
Do kampanii zaprzęgnięto prokuraturę i CBA. Prowokacja wymierzona w Leppera. Bardzo dobra reklamówka komitetu wyborczego PiS nazywana niesłusznie konferencją prasową prokuratury w sprawie zarzutów wobec Janusza Kaczmarka. Teraz mamy kolejne taśmy dotyczące doktora G. oskarżonego o korupcję, które ostatnio ujawnił Zbigniew Ziobro. I do tego reklamówki z serii „Mordo ty moja” – szkodliwe dla Polski – ale też niezmiernie sugestywne. Na usługach PiS jest telewizja publiczna. Kaczyńscy mogą też liczyć na Radio Maryja. To wszystkie daje dobre efekty sondażowe.
W debacie z Kwaśniewskim premier wypadł dobrze: był miły, ciepły, acz stanowczy. W potyczkach słownych jest lepszy od Donalda Tuska. Przekonująco komentuje kolejne ataki lidera PO. Tusk porównał go do Urbana, a tego typu zestawienia już się zużyły, szczególnie po tym, jak Stefan Niesiołowski lidera PiS porównał do Gomułki.  Kaczyński po tym ataku ze spokojem nawoływał, by szef Platformy zachował resztki godności i twierdził, że już żadne porównania go nie zdziwią. Z ochotą pokazuje się z Nelly Rokitą, aby przypomnieć, że PO straciła jeden ze swoich poważnych atutów w postaci Jana Marii. Być może liderzy PO po odejściu Rokity odetchnęli z ulgą, bo już mieli dosyć fochów niedoszłego premiera z Krakowa. Ale też nieobecność tego polityka obnażyła słabość Platformy: brak wyrazistych polityków, potrafiących celnie punktować politycznych przeciwników. Ani Bronisław Komorowski, ani Grzegorz Schetyna ani Bogdan Zdrojewski nie są w stanie dorównać Rokicie.
Nadzieją Tuska na odrobienie strat mogą być debaty z Kwaśniewskim i Kaczyńskim. Tusk musi za wszelką cenę przypomnieć o sobie opinii publicznej, bo ostatnia debata Kaczyński – Kwaśniewski wypchnęła lidera PO z głównego nurtu kampanii. Tusk to rozumie i dlatego chce nie tylko starcia w TVP, ale wprasza się także do Radia Maryja. Wie bowiem, że niezależnie od wyniku tego spotkania  przyciągnie ono rzesze widzów i słuchaczy.
Wielkim atutem PO jest dziś Władysław Bartoszewski. Jego autorytet, cięty język, i umiejętność formułowania jasnego przekazu może odwrócić niekorzystny dla PO trend. Ale i Kwaśniewski zdaje się działać dziś na korzyść PO. Byłemu prezydentowi można wybaczyć jedną wpadkę z alkoholem, ale gdy mamy do czynienia z serią niedyspozycji – to może wzbudzać uzasadniony niepokój wyborców. Czy aby kandydat LiD na premiera rzeczywiście jest dziś godny zaufania?  W tej sytuacji grupa wyborców wahających się między LiD a PO może wskazać to drugie ugrupowanie. Wyborcy mogą też kalkulować w taki oto sposób: nie znoszę PiS, a tylko Platforma ma szanse na odebranie Jarosławowi Kaczyńskiemu palmy pierwszeństwa.

W dzisiejszej debacie Tusk musi się zaprezentowac jak lider opozycji z prawdziwego zdarzenia: zdecydowany, energiczny, pewny siebie. Musi udowodnić, że ten wizerunek wiecznego chłopca, niezbyt pracowitego, lekkomyślengo, trochę zagubionego w ogniu krytyki PiS, należy już do przeszłości.


Emocje rosną i do 21 października prognozowanie, kto wygra wybory nadal jest zajęciem przypominającym wróżenie z fusów.

11:24, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 08 października 2007
Monika Kern w sidłach służb

W sobotnio-niedzielnej Rzepie tekst Agnieszki Rybak o wicemarszałku Andrzeju Kernie. Autorka przypomina starą historię córki wicemarszałka Moniki, która uciekła z domu ze swoim chłopakiem. Rybak przypomina, że media w większości przypadków stanęły po stronie młodych zakochanych, a przeciwko Kernowi. Dziś ta historia nie wygląda jednoznacznie. O ile zgadzam się z tezą, że dziennikarze w zbyt różowych kolorach przedstawiali rodzinę chłopaka Moniki i nie rozumieli walki Kerna o córkę, to już budowanie przez Agnieszkę Rybak teorii, że cała historia była spreparowana przez ludzi PRL-owskich służb wydaje się – delikatnie mówiąc – naciągana. Autorka snuje takie rozważania, podając informację, że reżyser filmu, który na bazie tej historii nakręcił film „Uprowadzenie Agaty” współpracował ze tymi służbami. Kolejnym dowodem na to ma być fakt, że zarówno były chłopak Moniki jak i cała rodzina Malisiewiczów wyjechała i nie wiadomo gdzie jest. To tyle jeśli chodzi o dowody na spisek, który miał utrącić Kerna i jego prace nad ustawą dekomunizacyjną. Agnieszka Rybak pominęła zresztą w swoim tekście zarzuty pod adresem Kerna, że w walce o córkę nadużywał swoich wpływów. Nie przypomina, że pani Malisiewicz została wówczas nieźle przeczołgana przez organy ścigania. Prawda jednak wydaje się banalna: młoda dziewczyna zaszalała i wpadła w nieodpowiednie towarzystwo. Sprawa została nagłośniona i tyle. Rodzina Kernów nie bardzo chce to przyjąć do wiadomości. Winą za swoje niepowodzenia były wicemarszałek wciąż obarcza jakieś tajemnicze lobby. Nie wiem co stało na przeszkodzie, aby Jarosław Kaczyński jeszcze w wyborach 2001 roku wziął na swoje listy Kerna . I nie wiem dlaczego teraz Kern nie kandyduje. Czyżby tajemnicze lobby miało wpływ na liderów PiS?

18:27, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (14) »
wtorek, 02 października 2007
Kwaśniewski-Kaczyński: spotkanie przyjaciół
Remis – taki jest wynik tej debaty. Zresztą tak naprawdę nie ma znaczenia, kto wygrał. Celem obu panów było osłabienie pozycji Tuska, i dlatego debata była swego rodzaju inscenizacją, wyreżyserowaną przez oba sztaby. Widać było, że przed wystąpieniem doradcy powtarzali Kaczyńskiemu, że ma być łagodny jak baranek, że ma ocieplić swój wizerunek.
Jedyne co było autentyczne to pytania dziennikarzy. Nie podobała mi się część ekonomiczna. Zabrakło mi w pytaniach konkretnych decyzji rządu i Sejmu i konkretnych błędów Kwaśniewskiego. Zdecydowanie najlepiej była przygotowana Monika Olejnik. Drobne potknięcia nie mogą przesłonić faktu, że kwestie, które stawiała były najistotniejsze, sypała przykładami z rękawa i była precyzyjna. Nie oszczędzała ani jednego, ani drugiego kandydata. Z kolei pytania Krzysztofa Skowrońskiego były zbyt ogólnikowe, pozwoliły obu politykom na nudne wodolejstwo. W tego typu debatach zmniejszyłabym rolę dziennikarzy na rzecz pytań zadawanych sobie wzajemnie przez kandydatów. Bo ważna jest riposta, wymiana zdań.
08:21, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (6) »
środa, 26 września 2007
PiS w pościgu za mediami

Sprawa Tomasza Lisa powinna zmusić środowisko do poważnej refleksji: czy nie zamierzamy w kierunku modelu, w którym władza jest w stanie doprowadzić do wyrzucenia z prywatnej stacji telewizyjnej niepokornego, krytycznego wobec owej władzy  dziennikarza. Sekwencja zdarzeń wskazuje na to, że tak. Oto do spółek Zygmunta Solorza właściciela Polsatu wkraczają dzielni funkcjonariusze w celu zbadania legalności interesów tegoż biznesmena, a następnego dnia zapada decyzja o odsunięciu Lisa od nadzorowania „Wydarzeń” głównego programu informacyjnego stacji. Tłumaczenie, że Lis mógłby dalej prowadzić swój program „Co z tą Polską?” nic nam nie daje. Wszyscy ci, którzy znają jego fatalny charakter, wiedzieli od razu, że rzuci wszystko. Myślę, że Zygmunt Solorz to też przewidział. Oczywiście przyczyn rozstania Lisa z Polsatem było zapewne więcej, ale ten powód wydaje się dziś najważniejszy. Ktoś mógłby rzec: po co tyle hałasu o jednego gościa. Rzeczywiście, nie o niego tu chodzi, ale o zasady, które panują demokratycznym państwie. Rynek telewizyjny jest niezwykle płytki, pluralizm mediów elektronicznych jest poważnie ograniczony przez fakt, że publiczne radio i telewizja były od zawsze uzależnione silnie od polityków. Dziś to uzależnienie osiąga apogeum, porównywalne tylko z telewizją Roberta Kwiatkowskiego. Ale i Kwiatkowski chyba nie dorównuje braciom Kaczyńskim i ich wiernemu poplecznikowi Andrzejowi Urbańskiemu, obecnemu prezesowi TVP.

Z kolei media prywatne są uzależnione od państwa, szczególnie od upolitycznionej Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Wiemy przecież, że PiS szuka układu nie tylko w Polsacie, a i TVN i innych firmach medialnych. Bo bracia Kaczyńscy, a w szczególności Jarosław nie w stanie zaakceptować sytuacji, w której jego rząd jest krytykowany przez wolne media. Wyraźnie więc dąży do tego, by zamknąć tym mediom usta. Już przed Lisem mieliśmy masę niepokojących przykładów.

Słyszymy o poważnym konflikcie Jerzego Targalskiego, wiceprezesa Polskiego Radia  z dziennikarzami, którzy odmawiają puszczania teczkowych przecieków z ogródka Antoniego Macierewicza. Wcześniej z powodu Targalskiego odchodzi ceniony dziennikarz Maciej Łętowski, o którym na pewno nie można powiedzieć, że jest „złogiem PRL”. Wokół nich szumu nie było i nie będzie, bo nie są tak sławni jak Lis. Ale oni też wymagają wsparcia. Podobną gehenną przeżywali i przeżywają dziennikarze „Wiadomości”, z których część uciekła już z tej redakcji.

Z „Rzeczpospolitej” odchodzi czołowy dziennikarz śledczy Bertold Kittel. W dramatycznym liście Kittel wskazuje przyczyny swojego buntu: uzależnienie jego rodzimej gazety od władzy. Państwo ma w „Rzeczpospolitej” mniejszościowe udziały. W tej redakcji powstaje tekst o działalności ministra Zbigniewa Ziobry, opowiadający o manii nagrywania i podsłuchiwania. Tekst nie idzie, bo szefowie twierdzą, że za mało było dowodów na poparcie tezy lansowanej przez Kittla. W porządku. Ale przecież wiele z tych faktów potwierdził później  b. szef MSWiA Janusz Kaczmarek i inni dziennikarze. Może więc trzeba było ten tekst opublikować później? A przynajmniej podjąć taką próbę? I znów trudno wchodzić w wewnątrzredakcyjne spory, podjęcie decyzji w tej sprawie oczywiście mogło być o wiele bardzo skomplikowane niż nam się wydaje i być może były też inne względy niż opór przed atakowaniem władzy.  Jednak już wcześniej słyszeliśmy o zdjęciu tekstu o telewizji publicznej rządzonej przez PiS.

Owszem pluralizm mediów polega na tym, że jeden redaktor naczelny coś puszcza, a drugi – nie, bo mu się nie podoba. Publicyści „Rzeczpospolitej” też czasami ganią Kaczyńskich. I gdyby rząd traktował media tak jak to się dzieje w cywilizowanych krajach, nie miałabym do „Rzeczpospolitej” pretensji. Ale jest inaczej. Mamy do czynienia z jakimś szaleństwem władzy, na które trzeba zareagować.

Wiemy dziś, że liczni dziennikarze, między innym Wojtek Czuchnowski z „Gazety”, ale też ludzie z „Rzeczpospolitej” byli podsłuchiwani, i te podsłuchy były stosowane prawdopodobnie na granicy prawa, jeśli nie nielegalnie. Mamy też relacje Andrzeja Leppera, który opowiada, jak Jarosław Kaczyński zapowiadał prześwietlanie kolejnych ludzi mediów, podejrzanych z założenia, bo przecież atakują antykorupcyjny rząd. Lepper i Kaczmarek niewiarygodni? Dobrze, ale tak się jakoś składa, że nagromadzenie tych faktów układa się w jedną całość i akurat w tych kwestiach obaj panowie mogą mówić prawdę. Nawet jeśli trochę koloryzują, to rzecz wygląda przerażająco.

To nie jedyne próby ograniczania niezależności i zastraszania.

Kilka miesięcy temu   Janusz Kaczmarek, jako zastępca Ziobry – zanim jeszcze go olśniło, co jest przyzwoite, a co nie -, zapowiadał publicznie, że prokuratura już pilnie się przygląda niektórym żurnalistom, którzy o PZU i o b. ministrze skarbu Emilu Wąsaczu piszą nie w taki sposób, jakby życzyła sobie tego władza. Pierwszy zareagował nasz publicysta Witold Gadomski, zapraszając prokuratorów do siebie.

Czy środowisko dziennikarskie nie powinno zareagować solidarnie na te niepokojące zjawiska? Czy nie mamy do czynienia z zastraszaniem mediów z użyciem państwowej machiny? SDP milczy, podobnie jak Rada Etyki Mediów.  A to przecież nie są jednostkowe przypadki. To plaga.  Tych mediów oczywiście do końca zastraszyć się nie da, ale niepojące jest to, że niezbyt pluralistyczny rynek telewizyjny zamienia się już powoli w poletko doświadczalne PiS. Dodajmy jeszcze do tego tworzenie platformy cyfrowej za wsparciem Polkomtela pod wodzą przyjaciela Kaczyńskich Adama Glapińskiego, do której prawdopodobnie stacje prywatne nie będą miały dostępu. No, chyba, że będą grzeczne jak Zygmunt Solorz. Naprawdę Włodzimierz Czarzasty, niby taki biegły w dławieniu i zawłaszczaniu mediów elektronicznych, mógłby chodzić po nauki do braci Kaczyńskich.

15:20, dominika.wielowieyska , Gospodarka
Link Komentarze (25) »
wtorek, 25 września 2007
Koalicja PiS - LiD
Jarosław Kaczyński woli w debacie telewizyjnej wystąpić z Aleksandrem Kwaśniewskim niż z Donaldem Tuskiem. Celem PiS jest przecież osłabienie Platformy Obywatelskiej, zmarginalizowanie jej w debacie publicznej. Dla Kaczyńskiego lepiej będzie jak wyborcy nieznoszący PiS-u raczej zagłosują na LiD niż na PO. Bo lewica Kaczyńskiemu nie zagraża w walce o pierwsze miejsce w wyborach, a Platforma – owszem. Jej wyniki w sondażach są bardzo zbliżone do wyników Prawa i Sprawiedliwości. Lepiej więc wykreować LiD na głównego, najbardziej zdecydowanego oponenta Kaczyńskich.  Bo też LiD nie może się pochwalić oszałamiającymi notowaniami sondażowymi, więc jego wzmocnienie nie będzie znów takie groźne.
I tak Donald Tusk został wyeliminowany z jednej z najważniejszych debat. Platforma nie zrobiła do tej pory nic, by przekonać wyborców, iż tylko ona może zdetronizować PiS. A tymczasem głównym celem PO powinno być odebranie wyborców Kwaśniewskiemu, przekonanie ich, że to oni są dziś prawdziwą alternatywą dla Kaczyńskich, a nie PiS-em bis w bardziej cywilizowanej formie.
Grono Polaków, którzy wahają się czy głosować na Tuska czy na Kwaśniewskiego, może być całkiem spore. Bo wciąż duży odseteke repondentów deklaruje chęć udziału w głosowaniu, ale jeszcze nie wie, kogo poprze. Te głosy mogą być decydujące w ostatecznej rozgrywce. Dziś, gdy debata Kaczyński-Kwaśniewski jest już przesądzona, przyciągnięcie takich ludzi do Platformy, stanie się jeszcze trudniejsze.
09:05, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 24 września 2007
Czy Raczyńska jest hrabiną?

Przeczytałam tekst Luizy Zalewskiej o szefowej programu I TVP Małgorzacie Raczyńskiej w sobotnio-niedzielnym „Dzienniku” i miałam mieszane uczucie. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że nominacja Raczyńskiej była ściśle polityczno-towarzyska i że jej przygotowanie do pełnienia tej funkcji jest marne. Pomysły Raczyńskiej zazwyczaj są kiepskie. Choć sądzę, że ten z Józefowiczem i Urbańską akurat mógł się bronić, gdyby nie fatalny wybór czasu emisji.

Niemniej ten tekst przekroczył pewne dopuszczalne granice, które nawet trudno określić. Luiza to jedna z lepszych dziennikarek „Dziennika”, tutaj jednak poniosła ją straszliwa niechęć do Raczyńskiej. Widać w tym tekście jakąś zajadłość. Kiedy Luiza napisała tekst o byłych agentach m.in. o Leszku Maleszce, to tam tej zajadłości nie było. Owszem jeśli Raczyńska fałszowała swój życiorys, to należało to opisać, jeśli koloryzowała – należało to obśmiać. Ale już napastliwy opis prywatnej uroczystości, na której Raczyńska ze swoim narzeczonym czy mężem przysięgają sobie miłość, bardzo mi się nie podobał. To co z tego, że uroczystość ta nie była ślubem, choć niektórzy zaproszeni goście tak myśleli? Czy Raczyńska z powodu snobizmu zmieniła nazwisko i niesłusznie przypisała sobie arystokratyczne korzenie? „Dziennik” sugeruje, że tak. Ale też w tekście brakuje wyjaśnienia, czy matka szefowej Jedynki rzeczywiście nosiła to nazwisko jako panna. Zresztą sądzę, że to czy ktoś zmienił naziwsko czy nie, nie ma większego znaczenia przy ocenie kompetencji.

Dużo niedopowiedzeń, dużo sugestii, prawie żadnych wypowiedzi pozytywnych dla Raczyńskiej. Przypomina mi to niestety tekst Cezarego Michalskiego o redaktorze naczelnym „Rzeczpospolitej” Pawle Lisickim, który był swoistym strumieniem świadomości, a właściwie nienawiści. Każdego z nas ponosi w szale publicystycznym, ale po to są redaktorzy prowadzący, by nas łapać za rękę w takich chwilach. Czasami mam wrażenie, że w „Dzienniku” redaktorzy są pod tak dużym urokiem swoich autorów, że nie ośmielają się w żaden sposób ingerować w ich teksty. 

16:53, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (4) »
Amnezja Millera

Głębokie zażenowanie- to uczucie, które towarzyszyło mi, gdy oglądałam konferencję prasową Leszka Millera, powołującego się na pamięć Barbary Blidy. Miller odgraża się, że zrobi wszystko, aby obecna ekipa rządząca poniosła odpowiedzialność za działania służb specjalnych i prokuratury wobec byłej minister s SLD. To zażenowanie nie wynika z tego, że Miller będzie dziś pod rękę paradował z Zygmuntem Wrzodakiem, niedawnym towarzyszem partyjnym Romana Giertycha. Nawet nie dlatego, że jako minister pracy w chodził z Barbarą Blidą w ostre spory. I nie dlatego, że o moralność w polityce będzie walczył w szeregach partii, o której wiele można powiedzieć, ale na pewno nie to, że obowiązują w niej jakieś zasady etyczne.

Leszek Miller sądzi, że wszyscy już zapomnieli, iż ponosi on odpowiedzialność, jeśli nie bezpośrednią, to na pewno pośrednią, za zatrzymanie Andrzeja Modrzejewskiego b. prezesa PKN Orlen. Zatrzymanie widowiskowe. I niezasadne – jak później uznał sąd. Był to klasyczny przykład upolitycznienia prokuratury i załatwiania biznesowych interesów z pomocą służb specjalnych. Przypomnijmy też zatrzymanie szefów Stoczni Szczecińskiej głównie po to, by znaleźć kozła ofiarnego i rzucić owych menedżerów na żer rozgoryczonym robotnikom. Tak, ci menedżerowie nie poepłnili samobóstwa, tu Miller miał więcej szczęścia.

Nie zmienia to postaci rzeczy, że w tej dziedzinie duet Leszek Miller-Barbara Piwnik niewiele różni się do duetu Kaczyński-Ziobro.

08:02, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (2) »
piątek, 21 września 2007
Dylematy wrogów PiS-u

Wyborcy wahający się, czy głosować na LiD czy na Platformę Obywatelską, mają niezły orzech do zgryzienia. A są wśród zagorzałych krytyków PiS tacy niezdecydowani z poglądami centrowymi. Z jednej strony denerwuje ich, że Platforma chce być takim lepszym, bardziej cywilizowanym PiS-em. I z tego powodu chętniej zagłosowaliby na LiD. Z drugiej jednak strony głosowanie na LiD jest – z ich punktu widzenia - głosem straconym, bo ich pierwszorzędnym celem jest przecież to, by PiS nie zajął pierwszego miejsca. A zdetronizować może go tylko Platforma Obywatelska, na pewno nie LiD. Przerzucając swój głos na lewicę, a odbierając go PO, tym samym zwiększają szansę PiS na wygraną. Może więc skłoni to niektórych potencjalnych wyborców LiD-u do zagłosowania na Donalda Tuska. Tym bardziej, że tylko zwycięstwo PO oznacza, że jest jakaś szansa, iż LiD będzie współrządził. Po przecież PiS nigdy z nimi koalicji nie zrobi, a Tusk - niewykluczone.

 A kiedyś było odwrotnie. SLD było pierwsze w sondażach, i wyborcy zadawali sobie pytanie czy Sojusz zdoła zebrać głosy do samodzielnego rządzenia czy będzie musiał tworzyć koalicję z PSL-em. Wielu potencjalnych wyborców PO uważało, że z dwojga złego lepiej, aby Sojusz rządził sam, a nie z ludowcami i dlatego oddali na SLD. Teraz sytuacja może się odwrócić. Dlatego dziś Platforma pewnie główkuje, jak odbić część LiD-owych wyborców.

15:11, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (14) »
środa, 19 września 2007
Lis w odwrocie

Zygmunt Solorz odsunął Tomasza Lisa od kierowania ”Wydarzeniami”.Ta decyzja jest wypadkową kilku spraw. Który z tych powodów odegrał decydującą rolę? Nie umiem powiedzieć, więc podaję je w kolejności przypadkowej

1. Lis jest ciężki we współpracy i dość apodyktyczny. Wiele wskazuje na to, że jego relacje - podobnie jak kiedyś z prezesem Walterem - tak i teraz z Solorzem, były nienajlepsze. Tym łatwiej więc przyszło Solorzowi pognębić nielubianego pracownika. Być może Lis bronił się w ten sposób przed ingerencjami Solorza w treść ”Wydarzeń”, a być może nie lubi okazywać szacunku żadnemu przełożonemu, kimkolwiek ów przełożony by był.

2. Nie można wykluczyć, że istotnym elementem były pieniądze. Podłączenie ”Wydarzeń” do kanału informacyjnego zapewne jest tańszym rozwiązaniem, ale powodowało pewną dwuwładzę. Ktoś musiał ustąpić albo Dorota Gawryluk, która kieruje tymże kanałem albo Lis. Gawryluk odeszła właśnie z powodu Lisa, więc teraz zapewne nie pała do niego sympatią. Teraz Solorz wybrał ją.

3. Lis jest bardzo krytyczny wobec PiS-u i demonstruje to nieustannie. Jest wrogiem numer jeden tego rządu i braci Kaczyńskich. A dziś Solorz jest pod ostrzałem PiS-u: prokuratorzy się kręcą i węszą wokół procesu koncesyjnego, wyciągają teczki Solorza, żeby w nich pogrzebać. Być może więc Solorz uznał, że jedną z przyczyn jego kłopotów jest właśnie Lis i lepiej się go pozbyć. Nie można wykluczyć, że PiS ponownie wygra wybory, a ułożenie bardziej poprawnych stosunków z władzą będzie bardzo trudne, gdy ma się na pokładzie gospodarza ”Co z tą Polską?” Lepiej jednak wyrzucić go, a przynajmniej ograniczyć jego kompetencje, jeszcze w czasie kampanii wyborczej, kiedy wynik wyborów jest nieznany. Bo pozbycie się Lisa po wygranych przez Jarosława Kaczyńskiego wyborach, byłoby fatalne z punktu widzenia wizerunku stacji.

14:29, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (32) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10