O polityce, o gospodarce i o stu innych sprawach - Dominika Wielowieyska
Kategorie: Wszystkie | Gospodarka | Polityka
RSS
środa, 06 czerwca 2007
SLD i Samoobrona obniżą pensje najmniej zarabiającym?

Mój feletion na temat podniesienia płacy minimalnej wywołał gorącą dyskusję na forum, postanowiłam więc odpowiedzieć na niektóre wpisy. Dla tych, którzy tekstu nie znają odsyłam doń w portalu Gazeta.pl/gospodarka

 http://gospodarka.gazeta.pl/gospodarka/1,33211,4199171.html

W felietonie opisałam pewne zjawisko: w małych firmach pracodawcy zatrudniają ludzi ooficjalnie płacąc im pensję minimalną, a resztę dają pod stołem, by nie płacić wysokich składek ZUS. Bowiem ZUS zabiera już od pensji minimalnej ponad 400 zł, a sam pracownik bierze na rekę 600 zł z kawałkiem. A wraz ze wzrostem pensji, haracz ZUS-owski jest oczywiście większy. Napisałam więc, że dla wielu pracowników podwyższenie płacy minimalnej może oznaczać zmniejszenie zarobków, bo pracodawca będzie musiał zapłacić ZUS więcej i o tę sumę zmniejszy nieoficjalną część pensji. Na forum odezwały sie głosy, że popieram pracodawców, którzy oszukują państwo, a na dodatek chcę pognębić najmniej zarabiającyh.

Co kwestii pierwszej - jak wielu innych internautów już to zauważyło - opis zjawiska nie oznacza, że cokolwiek popieram. Uważam jedynie, że trzeba tworzyć taki system, który zachęca do przestrzegania prawa, a nie łamania. Wolę to niż rozbudowane służby, które teraz będą ścigać wszystkich pracujących na czarno. Dlatego uważam, że ponosić płacę minimalną można, ale przy jednoczesnym obniżaniu składek ZUS-owskich. Może początkowo ta obniżka nie byłaby wysoka, ale powinno się rozłożyć na lata, by zachęcać ludzi do wychodzenia z szarej strefy. Przykręcanie śruby pracodawcom jest wbrew interesom nas wszystkich i może także spowodować, że firmy coraz częśćiej będą wyprowadzać produkcję poza granice naszego kraju. Dlatego każda taka decyzja, która rzekomo ma pomóc najmniej zarabiającym, czasami powoduje skutki odwrotne od zamierzonych. I te przemyślenia dedykuję Samoobronie oraz SLD, które chcą podwyższać pensję minimalną, nie zmieniejąc składek ZUS.
 

 

 

 

 

15:30, dominika.wielowieyska , Gospodarka
Link Komentarze (9) »
środa, 30 maja 2007
Romanse, choroby, plotki - to się dobrze sprzedaje

Przeczytane w "Rzeczpospolitej". 

  To, czego nie zauważyła Wielowieyska

Dominika Wielowieyska mocno się wczoraj w Radiu TOK FM oburzyła, że ośmieliłam się w wywiadzie z Waldemarem Kuczyńskim cytować publikację IPN o inwigilacji redakcji "Tygodnika Solidarność".


Niechęć publicystki "Wyborczej" wzbudziła też i sama książka pod redakcją Grzegorza Majchrzaka, w której została opublikowana teczka pracy tajnego współpracownika o pseudominie Nowak. Według dokumentów IPN pod tym pseudonimem miała być zarejestrowana Małgorzata Niezabitowska. Przypomnę - sąd lustracyjny stwierdził, że nie da się udowodnić winy Niezabitowskiej. Donos "Nowaka" na Kuczyńskiego cytowałam jednak z naukowo opracowanej publikacji. Wielowieyska nie uznała za stosowne tego zauważyć i wyraziła opinię, że "Joanna Lichocka wyliczyła szczegółowo rodzinne choroby Waldemara Kuczyńskiego, co się działo z jego rodziną w stanie wojennym i co z tego wynika". I tu publicystka pyta dramatycznie - co to jest? Ano, odpowiadam, dziennikarska praca i posługiwanie się całkowicie oficjalnym i legalnym materiałem źródłowym. Owo oburzające wyliczenie chorób to donos TW Nowak. Zdaję sobie sprawę, że każda publikacja na ten temat budzi w środowisku "Wyborczej" gwałtowne emocje, niemniej ocenzurować i zakrzyczeć tego, co już się ukazało, po prostu się nie da.

Joanna Lichocka

Joanna Lichocka tak oto zareagowała na moją wypowiedź w TOK FM. Nie odniosła się jednak do meritum sprawy: to znaczy na ile mamy prawo podawać do publicznej wiadomości informacje ze sfery ściśle prywatnej, a dotyczące dawnych opozycjonistów. Dyskutujemy o tym czy dane wrażliwe zawarte w teczkach mają być chronione czy nie, wielu publicystów i polityków uważa, że tak. Tymczasem praktyka jest taka, że historycy IPN i dziennikarze nie mają w tym względzie żadnych skrupułów. Moje pytanie brzmi, czy rzeczywiście muszą to robić? Przykład Lichockiej jest może mniej drastyczny, bo ona o chorobach w rodzinie Waldemara Kuczyńskiego rozmawiała z samym zainteresowanym. On sam mógł ją poprosić, aby to pytanie wycofała. I nie wątpię, że w imię uszanowania  prywatności swego interlokutora Joanna by to zrobiła. Przykład Grzegorza Majchrzaka wydaje sie tu ewidentny i zawsze pojawia się pytanie, czy publikacja informacji na temat sfery prywatnej w książce o Małgorzacie Niezabitowskiej nie służy przypadkiem bardzo przyziemnoym celom, a więc zwiększeniu sprzedaży i zarobieniu większej sumy pieniędzy.

Obawiam się, że owe zapewnienia o moralnym oczyszczeniu, do którego mają prowadzić liczne publikacje książkowe niektórych historyków IPN, mają takie właśnie drugie dno.

18:11, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (7) »
wtorek, 29 maja 2007
Każda partia bierze pieniądze od swoich luminarzy

Prominentni członkowie partii wpłacają na konto swego ugrupowania o wiele większe datki niż szeregowi działacze. Dotyczy to przede wszystkim parlamentarzystów i ministrów. Dzieje się tak w każdej partii, która ma prawo wymagać od swoich członków takich czy innych wpłat. A każdy urzędnik może wpłacać darowizny na wybraną przez siebie instytucję.
Jednak Samoobrona zmieniła tę zasadę w patologiczny proceder polegający na wymuszaniu pieniędzy także na osobach spoza partii. A ponieważ znalazła w tym niezłe źródło dochodów, więc mianuje na wszystkie dostępne sobie stanowiska miernoty, które posłusznie wykonują rozkazy Andrzeja Leppera i płacą. Nie liczą się kompetencje i doświadczenie, lecz wierność i dyspozycyjność wobec partii. Nie jest też jasne jak rozliczane są te pieniądze i na co są wykorzystywane.
Każde ugrupowanie, które dochodzi do władzy, ma prawo wprowadzać swoich ludzi do kluczowych urzędów. Obłudne jest opowiadanie przez polityków, że dyskutują tylko o programie, a nie o stołkach. Wolę, by publicznie rozmawiali o stołkach, pokazywali, jakimi fachowcami dysponują, jakie mają oni doświadczenia i dokonania.
Nie pomstuję więc na rządzących, że wymieniają urzędników. Krytykuję zakres tych zmian. Urzędnicy niższej rangi powinni należeć do apolitycznej służby cywilnej. Poza kontrolą polityków powinny zostać media publiczne.
Obecna koalicja, a szczególnie Samoobrona, z tych reguł sobie drwi. Niedługo miotła partyjna dojdzie do sprzątaczek w urzędach państwowych, bo przecież i sprzątaczka z wdzięczności dla Leppera będzie odprowadzać daninę do partyjnej kasy. Daninę z pieniędzy podatników, a przecież partie otrzymują wsparcie z budżetu i to całkiem pokaźne.
Służba państwu, interes publiczny to wytarte przez rządzących polityków slogany, za którymi kryje się pazerność, niekompetencja i bezwstyd.


 

06:54, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (3) »
piątek, 25 maja 2007
Kwaśniewskiego kłopot z Pińczukiem

Gdyby Aleksander Kwaśniewski zdecydował się pozostać na politycznej emeryturze, wsparcie ukraińskiego oligarchy nie miałoby większego znaczenia. Ale były prezydent nadal chce być czynnym politykiem.

Witold Gadomski w felietonie „Kwaśniewski podejrzany o wszystko” (GW 19-20.05.2007 r.) słusznie zauważył, że PiS, a także niektóre media, polują na Aleksandra Kwaśniewskiego nieustannie. Kolejne rzekome afery z byłym prezydentem w roli głównej można skomentować jedynie wzruszeniem ramion. Bo jak inaczej zareagować na wieść, że ktoś na nowo zajął się wykształceniem Kwaśniewskiego albo zainteresował się zegarkiem lub futrem posiadanym przez kogoś z prezydenckiej rodziny?
Jednak wpłata darowizny na konto jego fundacji Amicus Europae przez ukraińskiego oligarchę Wiktora Pinczuka to wydarzenie innego kalibru.
„W USA każdy były lokator Białego Domu zakłada bibliotekę swego imienia - coś w rodzaju muzeum jego prezydentury. Zwykle jest we władzach kilku fundacji, występuje jako mediator w światowych konfliktach, doradza korporacjom i politykom.
To jasne, że były polityk, by działać publicznie, musi mieć środki. Zwykle zakłada fundacje. Nie ma niczego złego w tym, że fundacja otrzymuje pieniądze od korporacji, innych fundacji czy prywatnych darczyńców, pod warunkiem że transfery są legalne i ujawnione w sprawozdaniach”.
Wszystko prawda. Problem jednak w tym, że Kwaśniewski nie zamierza zostać politycznym emerytem, prowadzącym dyskusję o demokracji. Gdyby tak było, można by machnąć ręką na całą sprawę. Były prezydent chce powrócić do czynnej polityki, inaczej niż wspomniani prezydenci. Może zapowiedzi lidera SLD Wojciecha Olejniczaka, iż Kwaśniewski jest kandydatem na premiera, są dziś na wyrost. Ale nie mam wątpliwości, że gdyby pojawiła się taka możliwość, były prezydent nie zawahałby się ani chwili. Fundacja siłą rzeczy pracuje na konto czynnego polityka. Tym bardziej powinien on być ostrożny przy przyjmowaniu datków – szczególnie od biznesmenów o nienajlepszej reputacji.
Co będzie, gdy Pinczuk zapuka do polskiego rządu z ofertą kupna jakiejś państwowej firmy? W końcu interesy z państwem i udział w prywatyzacji firm jest jego domeną. I na Ukrainie panuje przekonanie, że chętnie wykorzystywał swoje wpływy, mając prezydenta Kuczmę za teścia. Kwaśniewski jako premier miałby wtedy związane ręce. Owszem mógłby Pinczuka wyrzucić z przetargu, ale pozbywanie się jednego z oferentów jest szkodliwe z punktu widzenia interesów skarbu państwa. Im więcej chętnych, tym wyższa może być cena sprzedawanej firmy.

Gadomski pyta, kto miałby sponsorować fundacje, jeśli nie biznesmeni. Ma rację. Dlatego moim zdaniem czynni politycy nie powinni zakładać fundacji, tylko działać w ramach partii politycznych, których działalność jest finansowana z budżetu. Nie bez powodu reforma dotycząca finansowania naszej polityki zakładała, że partie nie biorą pieniędzy od biznesu z powodu potencjalnego konfliktu interesów. I tego się trzymajmy.

 

15:58, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (11) »
wtorek, 22 maja 2007
Jak długo potrwa radość z podwyżek

Podwyżki mogą być symptomem bardzo groźnego zjawiska: braku rąk do pracy, braku specjalistów w różnych branżach. Możliwy skutek: firmy zwiększają koszty, stają się mniej konkurencyjne, ceny usług i towarów idą w górę. A my za wyższe pensje kupujemy mniej i na dodatek gorszej jakości. Czyli per saldo na tym stracimy

Rosnące pensje i brak wykwalifikowanych robotników będą coraz większym obciążeniem dla rodzimych pracodawców, gdy kolejne rynki pracy staną otworem przed Polakami. To dobrze, bo pełna swoboda na rynku pracy pomoże wykorzystać optymalnie możliwości drzemiące w poszczególnych krajach i potencjał pracowników. I będzie dla pracodawców wielkim ułatwieniem. A dla nas wszystkich oznacza to niezwykłe możliwości rozwoju zawodowego, wyboru spośród wielu ofert. Ale to oznacza również, że jeśli chcemy myśleć o utrzymaniu wzrostu gospodarczego już dziś potrzebne jest całkowite otwarcie polskiego rynku pracy dla obcokrajowców.
W Polsce bezrobocie zmniejsza się gwałtownie. Już teraz należy sobie zadać pytanie, czy ono istnieje naprawdę? Czy stopa bezrobocia nie opisuje przypadkiem liczby osób w ogóle niezainteresowanych pracą oraz ludzi, którzy pracują na czarno? Oczywiście w pewnych grupach społecznych i zawodowych brak pracy pozostanie nadal problemem, myślę o osobach niepełnosprawnych, o samotnych matkach mających na utrzymaniu chore dzieci itd. Tu pomoc państwa w znalezieniu zajęcia jest niezbędna. Jednak przed większością pracowników rysują się świetlne perspektywy. Liczba miejsc pracy prawdopodobnie będzie rosnąć, bo np. rosnąć będzie wykorzystanie unijnych pieniędzy na rozliczne projekty infrastrukturalne i nie tylko.

Dlaczego istotne jest otwracie rynku pracy głównie dla naszych wschodnich? Nie chodzi o niewykwalifikowaną siłę roboczą, bo ta akurat pracuje u nas nielegalnie od dawna, ale przede wszystkim ze względu na osoby wykształcone: lekarzy, pielęgniarki, inżynierów. Oni nie będą mogli pracować na czarno w swoich zawodach.
Liberalne podejście do rynku pracy może niektórych przerażać. Bo to może oznaczać większą konkurencję w walce o dobre posady. Może też zahamować wzrost pensji. Ale w dłuższej perspektywie oznacza wzmocnienie wzrostu gospodarczego. Bez większej konkurencji na rynku pracy możemy mieć kłopoty z wykorzystaniem unijnych funduszy, bo nie będzie komu robić. A i my wszyscy będziemy bardziej zadowoleni, mogąc szybko i bez problemu znaleźć dobrego i taniego kafelkarza czy malarza pokojowego.

Lepiej, aby wzrost pensji był efektem trwałego wzrostu gospodarczego niż braku rąk do pracy. Nasze potrzeby jeśli chodzi o pracowników służby zdrowia na pewno będą rosły, bo rząd PiS-u nie jest w stanie – ze względu na nieudolność i ideologiczne ograniczenia – zreformować ten sektor, wprowadzić dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne czy płatności za część usług. Nie będzie więc stałego źródła dochodów dla Narodowego Funduszu Zdrowia, które mogłoby rozwiązać problem podwyżek dla lekarzy. Tym samym nasi medycy nadal będą wyjeżdżać z kraju.

Oczywiście politycy będą biadolić i wytykać, że to straszne, że nasi specjaliści na koszt państwa polskiego zdobyli wykształcenie, a teraz zamiast służyć Polsce wybrali wysokie pensje w euro. Odpowiadam: szkolnictwo wyższe też wymaga reformy  i opłat ze strony studentów wspartego systemem preferencyjnych kredytów na studia. Kredyty te byłyby spłacane dopiero wtedy, gdy absolwent będzie mógł podjąć pracę. Wtedy nikt do nikogo nie będzie miał pretensji o to, że swoje umiejętności wykorzystuje poza granicami naszego kraju. Równolegle z tymi reformami powinniśmy obniżać składki ZUS-owskie, aby jak największą część fałszywych bezrobotnych wyciągnąć z szarej strefy.

Cały ten pakiet zmian zapewniłby Polsce dynamiczny rozwój, ale wymagałby od rządzących podjęcia niepopularnych decyzji, których część w krótkiej perspektywie nie byłaby przyjemna dla Polaków. Ale w dłuższej – na pewno przyniosłaby dobre efekty i pomogłaby nam w pełni wykorzystać niezwykłą szansę, jaką dało nam wstąpienie do Unii Europejskiej.
To fakt: na polskim rynku pracy zaczyna się prawdziwa rewolucja. I od rządzących zależy, jakie przyniesie rezultaty.

Wejdź też http://www.gazetawyborcza.pl/1,80852,4154068.html

22:07, dominika.wielowieyska , Gospodarka
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 21 maja 2007
Denerwujący Trybunał


Trybunał Konstytucyjny nie po raz pierwszy znalazł się pod ostrzałem. Oto Bronisław Wildstein w „Rzeczpospolitej” orzekł, że Trybunał spełnił oczekiwania frontu antylustracyjnego, a w ogóle to tylko część sędziów była za zakwestionowaniem sporej części ustawy lustracyjnej, bo do wyroku kilku z nich dołączyło zdanie odrębne. Z jego wywodów wynikało, że tak naprawdę w tym orzeczeniu nie chodziło o zbadanie zgodności z konstytucją, ale zablokowanie lustracji bez względu na to, jak kształt by ona przybrała.  Joanna Lichocka z tej samej gazety twierdzi, że sędziowie to nominaci polityczni, więc nie mogą obiektywnie orzekać co jest, a co nie jest zgodne z konstytucją.

Ryszard Bugaj oświadczył ostatnio, że zdumiewa go orzeczenie sędziów w sprawie sejmowej komisji śledczej, z którego wynika, iż prezes NBP nie powinien być przez taką komisję wzywany na przesłuchanie. I że on, jeden z członków komisji konstytucyjnej, wcale nie miał intencji, aby tak dalece chronić szefa banku centralnego przed śledczymi. Michał Karnowski z „Dziennika” stwierdził w TVN 24, że wspomniane orzeczenie dotyczące komisji śledczej oznacza, że już nikogo przed ową komisję nie można wzywać i że tu Trybunał posunął się za daleko.

Czytając i słuchając tych wywodów odnoszę wrażenie, że wszyscy ich autorzy nie zajrzeli do uzasadnień do wyroków Trybunału. Kiedyś Ewa Łętowska wyznała szczerze, że gdy czasami słyszy jakąś sentencję wyroku, to ma ochotę popukać się w głowę. A potem na spokojnie czyta uzasadnienie i dochodzi do wniosku, że sąd miał rację. Ja mam identyczne odczucia. Narzekałam na Trybunał, gdy zakwestionował część przepisów otwierających dostęp do zawodów prawniczych, ale po przeczytaniu uzasadnienia wiedziałam, że nad tą ustawą trzeba przysiąść i ją poprawić zamiast pomstować na sędziów jak uczynił to minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro – oczywiście zanim przeczytał uzasadnienie wyroku. Otwarcie zawodów prawniczych jest nadal możliwe. Chciałoby się powiedzieć wszystkim krytykom Trybunału: „Kochani czytajcie uzasadnienia i to dokładnie”.
   

Trybunał Konstytucyjny to jedna z tych nielicznych instytucji, powoływanych przez Sejm, która nam się udała. Sędziowie mają swoje poglądy, są rekomendowani przez różne formacje polityczne. Ale jednocześnie zdają sobie sprawę, że głównym odniesieniem jest dla nich konstytucja. Ich wyroki są wypadkową, kompromisem pomiędzy różnymi orientacjami politycznymi. I tak było w przypadku lustracji. Byli sędziowie, którzy chcieli tę ustawę niemal w całości wyrzucić do kosza, i byli i tacy, którzy uznawali, że tylko niewielka część tego, co zakwestionował Trybunał, jest niezgodna z konstytucją. Wygrała wersja kompromisowa pomiędzy tymi dwoma skrajnymi opiniami. Wygrała opcja, która zakłada, że nie można ryzykować niesłusznych oskarżeń o współpracę z bezpieką w imię prawdy i sprawiedliwości. A tym ryzykowaliśmy oddając IPN-owi możliwość układania list domniemanych i prawdziwych agentów. Ale też Trybunał nie zakwestionował samej idei lustracji ani składania oświadczeń lustracyjnych przez niektóre grupy np. rektorów państwowych uczelni.

Zwolennicy tezy, że Trybunał zawsze złośliwie orzekał na złość PiS-owi, nie zdołali zauważyć, że orzeczenie w sprawie oświadczeń majątkowych samorządowców, krytycznie oceniane przez premiera Kaczyńskiego, zostało wydane przez skład zdominowany przez osoby rekomendowane przez Prawo i Sprawiedliwość.

Ryszard Bugaj dziwiąc się Trybunałowi, który orzekł, że prezes NBP nie może być wzywany przez komisję śledczą, nie odpowiedział na podstawowe pytanie: czy niezależność banku centralnego jest wartością, którą warto bezwzględnie chronić? Komisja śledcza jest zazwyczaj zdominowana przez posłów koalicji rządzącej. Czy atakując prezesa NBP nie będą chcieli tym samym wywrzeć na niego presji, by opowiadał się za taką polityką pieniężną, która akurat w tej chwili odpowiada rządowi? Może dzięki temu koalicja potraktowałaby go łagodniej na przesłuchaniu? Czy nie jest to groźba naruszenia zasady, że NBP w żaden sposób nie jest uzależniony w swoich decyzjach od rządzących? Inna sprawą jest kwestia, czy Hanna Gronkiewicz-Waltz była prezes NBP może się powoływać na to orzeczenie i odmawiać stawienia się przed komisją. Skoro pani prezydent nie pełni już funkcji szefa banku centralnego, to niezależność tego banku nie jest zagrożona. A jako osoba kierująca instytucją państwową powinna jednak odpowiedzieć na pytania posłów, choćbyśmy uważała owe pytania za idiotyczne.

Czy rzeczywiście Trybunał uznał, że komisja śledcza nie może wzywać już niemal nikogo przed swoje oblicze – jak twierdzi Karnowski? W pierwszej chwili ja także z przekazów w mediach zrozumiałam, że Trybunał odarł komisję z jakichkolwiek praw. Zajrzałam jednak do uzasadnienia orzeczenia, a tam sędziowie stwierdzili jedynie, że komisja musi badać przede wszystkim pracę instytucji państwowych, a przedstawicieli prywatnych firm przepytywać jedynie w sprawach dotyczących wykonywania zleceń dla państwa albo korzystania z jego finansowej pomocy. To chyba oczywiste, że konstytucja chroni sektor prywatny przed zbytnią ingerencją administracji i rządzących. To podstawa swobody gospodarczej.

Czy Trybunał nie podlega krytyce? Podlega, ale tylko przy jednoczesnej deklaracji, że orzeczenia się szanuje i nie straszy się Trybunału, że w razie niezgodnego z oczekiwaniami rządu wyroku koalicja rządząca ograniczy kompetencje sędziów. A tak zrobił premier Jarosław Kaczyński przy okazji samorządowych oświadczeń majątkowych. To już jest naruszenie reguł demokracji.

Lewica tym różni się od PiS-u, że niewygodne dla siebie decyzje przyjmuje spokojnie. Bo czy nie było dla niej ciosem orzeczenie wedle którego aborcja na życzenie jest niezgodna z konstytucją? Trybunał pod przewodnictwem Marka Safjana oparł się w tej sprawie na tym artykule ustawy zasadniczej, który mówi, że Polska jest państwem prawa. Zaiste odległa to interpretacja. W innych państwach prawo aborcyjne jest o wiele bardziej liberalne, a kraje te jak najbardziej szczycą się mianem państwa prawa. Ja cieszę się z tego orzeczenia, bo jestem aborcji przeciwna, ale rozumiem, że zwolennikom liberalizacji przepisów trudno je zaakceptować.

Sędziowie mogą podlegać krytyce. Ja też miałam wątpliwości, czy prezes TK Jerzy Stępień słusznie zrobił, mówiąc w TOK FM, że minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro powinien stanąć przed Trybunałem Stanu. Rzecz dotyczyła nie popartych twardymi dowodami oskarżeń ministra  pod adresem lekarza Mirosława G. Merytorycznie Stępień miał rację, Ziobro przekroczył dopuszczalne granice, ale czy jednak prezes Trybunału Konstytucyjnego nie powinien powstrzymywać od ocen ministrów? Przecież nie należy to do jego kompetencji. Powinien z daleka trzymać się od bieżących rozgrywek politycznych w imię dbałości o autorytet sądu konstytucyjnego.

Nie zmienia to postaci rzeczy, że i politycy i publicyści powinni zdobyć się na minimum wysiłku i zastanowić się nad argumentacją prawną sędziów zamiast zarzucać im stronniczość, i udział w politycznych spiskach. Chyba, że atak na Trybunał jest czymś w rodzaju cynicznej gry: kiepsko rządzimy, nie dajemy sobie rady w wielu dziedzinach, więc trzeba znaleźć wroga, na którego zrzucimy winę, trzeba znaleźć temat zastępczy, czarnego luda, który odciągnie uwagę wyborców od naszych porażek.

15:02, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (7) »
niedziela, 13 maja 2007
Lustracji nic nie zatrzyma

Debaty wokół werdyktu Trybunału Konstytucyjnego przybrały charakter wojny ideologicznej kompletnie oderwanej od rzeczywistości. Jedni wołają, że lustracja jest zakończona, że Trybunał uratował demokrację. Inni z kolei twierdzą, że sędziowie są częścią frontu antylustractyjnego i bronią Polakom dostępu do prawdy zawartej w teczkach.

Tymczasem stała się rzecz zupełnie zwyczajna. Parlament przyjął złą ustawę, i gołym okiem widac było, że wiele jej rozwiązań jest niekonstytucyjnych. To oczywiste, że Trybunał to potwierdził. Jak słyszę jeremiady Bronisława Wilsteina, że to nie wszyscy sędziowie poparli ten werdykt, Tomasza Sakiewicza, że Trybunał przekroczył swoje kompetencje, to mam wrażenie, że ci ludzie mają kłopoty z akceptacją najprostszych faktów. Ta ustawa była bublem i przyznawali to także najbardziej zagorzali zwolennicy lustracji.

Nie zgadzam się też z Mirosławem Czechem, że lustracja została zastopowana. Lustracja to przede wszystkim ujawnianie faktów współpracy z SB, i informacje te nadal będą przedostawały się do opinii publicznej za sprawą badaczy akt i dziennikarzy. I z pelnym zestawem informacji o życiu prywatnym bohaterów teczek. Przykładem jest publikacja historyka IPN na temat Małgorzaty Niezabitowskiej. Tak naprawdę my już mamy pełne otwarcie archiwów. To, że wiedza z nich sączy sie cienkim strumykiem wynika raczej z technicznej niemożliwości szybkiego udostępniania akt niż z obowiązującego prawa. Jeśli ktoś myśli, że uchwalenie ustawy otwierającej całkowicie archiwa radykalnie zmieni polską rzeczywistość to się myli. IPN już dziś ledwie nadąża z udostępnianiem teczek pokrzywdzonym. Trzeba na to dosć długo czekać. No chyba, ze prosi o nie Ludwik Dorn, wtedy stają dostępne w ciągu jednej nocy. Jedyne co mogłoby wstrząsnąć Polską, to opublikowanie wszystkiego w Internecie, ale tego nie da się zrobić z dnia na dzień. To raczej perspektywa kilku, a może kikunastu lat. Lustracja będzie więc posuwać się do przodu w dotychczasowym tempie.

Pytanie na co komu ta cała awantura z Trybunałem to skandaliczne obrzucenie błotem dwóch sędziów i gronkie krzyki polityków PiS. PiS-owi bardzo odpowiada taka polsko-polska wojna. Jarosław Kaczyński może wzywać swoich wyborców do jedności w obliczu ataku układu i frontu antylustracyjnego, który boi się prawdy. A w czasie wojny - wiadomo - nie ma czasu na zbędne pytania, trzeba się trzymać razem bez gadania, by pokonać wroga. To wygodne, bo dzięki temu PiS unika trudnych pytań, ale przecież jakże nieistotnych w obliczu antylustracyjnego zarożenia. Pytań o niezbudowane autostrady, o obniżkę podatków, reformę służby zdrowia. W tych dziedzinach PiS robi niewiele albo nic, marnując wielką szansę na modernizację kraju i dogonienie reszty Europy. 

06:42, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (9) »
środa, 02 maja 2007
Kto poluje na Geremka?

Wypowiedzi obrońców prof. Bronisława Geremka pokazują, że wielu komentatorów zapomniało już jak powstawała ustawa lustracyjna.

Pozbawienie Geremka mandatu w oczywisty sposób urągałoby wszelkiej przyzwoitości i zasadom państwa demokratycznego. Geremek w swoim liście do wyborców napisał: „Powiedziano, że ustawa lustracyjna ma cel moralny. Nie podzielam tego poglądu. Uważam, ze ustawa ta w obecnym kształcie narusza zasady moralne, stwarza zagrożenie dla wolności słowa, dla niezależności mediów, dla autonomii instytucji akademickich. Kreuje swoiste "ministerstwo prawdy" czy tez "policję pamięci", a obywatela czyni bezbronnym wobec kampanii pomówień, osłabiając ochronę sądową jego praw.” Oczywiste jest, że osoba wybrana przez swoich wyborców nie może być pozbawiona mandatu, tylko dlatego, że nie złożyła kolejnego oświadczenia. Sankcja jest niewspółmiernie surowa i sprzeczna z konstytucją.

Wszystko prawda, sęk jednak w tym, że nie da się ogłosić prostej tezy, że oto bracia Kaczyńscy za pomocą ustawy lustracyjnej urządzili polowanie na czarownice i teraz chcą pozbawić wybitnego eurodeputowanego mandatu.

A taki wniosek można wysnuć z niektórych zachodnich publikacji. Weźmy belgijski „Soir”, który polską ustawę lustracyjną  określa jako "absurdalną z prawnego punktu widzenia i poniżającą moralnie". „Wywołała ona rodzaj zimnej wojny między braćmi Kaczyńskimi a znaczną częścią elity intelektualnej i uniwersyteckiej ich kraju" - zauważa gazeta. Wedle zachodnich mediów koalicja rządząca poluje dziś na Geremka, bo jest on przedstawicielem opozycji. Trzeba jednak zauważyć, że inni opozycyjni europarlemtarzyści polscy np. Jacek Saryusz Wolski, byli raczej scpetyczni wobec gestu Geremka.

A ponadto pozbawić go  mandatu może nie tyle któryś z braci Kaczyńskich, co ustawa lustracyjna. Pierwsza wersja tej ustawy była uchwalona w lipcu zeszłego roku głosami nie tylko koalicji rządzącej, ale znacznej części opozycji, przede wszystkim PO, tak krytycznie nastawionej do Kaczyńskich. Jedynie SLD było przeciw. Ustawa ta była powszechnie uważana za zbyt radykalną, a poprawki zgłoszone później przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego miały ją ucywilizować . I właśnie w tych poprawkach powrócił obowiązek składania oświadczeń, tak dziś – słusznie skądinąd – krytykowanych. Jednak owe oświadczenia – w zamyśle autorów nowelizacji – miały być elementem całej konstrukcji prawnej, która dawałaby większe prawa do obrony osobom oskarżonych o współpracę. Za uchwaloną na początku roku nowelizacją prezydencką, głosował PiS, natomiast SLD i LPR wstrzymały się od głosu. PO była przeciw, ale to dlatego, że pomysł prezydencki uznawała za ograniczenie lustracji, a nie z powodów przedstawionych choćby przez prof. Geremka. Jasno z tego wynika, że w kwestii oświadczeń nikt tak naprawdę nie protestował także publicyści dostrzegli ten problem dopiero wtedy, gdy swoją deklarację w tej sprawie złożyła Ewa Milewicz. I też tylko ona wiele miesięcy wcześniej zapowiadała, że oświadczenia nie złoży, lecz wówczas nikt na to nie zwracał uwagi. Co więcej prezydent nie spodziewał się tak masowego protestu, bo przecież podobne oświadczenia składali nie tylko politycy, ale także adwokaci czy radcy prawni, i żadnych protestów z tego tytułu nie ogłaszali. Wyciąganie więc z kwestii oświadczeń takich oto wniosków, że prezydent świadomie chciał poniżyć wykształciuchów swoją lustracyjną nowelizacją, jest cokolwiek przesadzone. Jeżeli można coś zarzucić Lechowi Kaczyńskiemu i jego Kancelarii, to raczej wyjątkową gorliwość w pozbawieniu Tadeusza Mazowieckiego prawa do zasiadania w Kapitule Orła Białego, bo ta decyzja od strony prawnej nie jest oczywista.

Winnym całego zamieszania i faktu uchwalenia bardzo złej ustawy i w pierwszej wersji i w drugiej jest niemal cały Sejm, a nie tylko rządzący. Co więcej wiele dowodów na to, jak wielkim bublem jest ustawa lustracyjna wypłynęło dopiero po jej uchwaleniu, wielu idiotycznych przepisów  posłowie opozycyjni w ogóle nie dostrzegli lub nie nagłośnili, choćby zasady, że zlustrować powinni się także obywatele obcych państw, pełniący funkcje w polskich spółkach. .

Sprawa dodatkowych oświadczeń lustracyjnych składanych przez parlamentarzystów jest mało istotna. Bo w końcu kandydaci na posłów i tak je składają od dawna. A może należałoby powiedzieć, że to przedsmak tego, co jeszcze może się wydarzyć.  Prawdziwym polowaniem na czarownice będzie przewidziane w ustawie lustracyjnej  układanie list agentów wedle bardzo wątpliwych kryteriów. To rozwiązanie popierała Platforma W tej sprawie dziennikarka GW Ewa Siedlecka alarmowała opinię publiczną wielokrotnie. Ale na tym nie koniec. Bo za kształt tych list będą odpowiadać prokuratorzy powoływani przez premiera Kaczyńskiego i ministra Ziobro. To oni będą decydować co wypłynie z archiwów i w którym momencie.  Jest wysoce prawdopodobne, że Trybunał Konstytucyjny wkrótce zakwestionuje część przepisów ustawy lustracyjnej, ale czy na pewno wszystkie te, które budzą grozę? Biorąc pod uwagę fakt, że w obecnym Sejmie większość posłów opowiada się za szeroką lustracją, lepszym wyjściem byłoby napisanie zupełnie nowej ustawy według zupełnie innych reguł.

Prawdopodobnie większość sejmowa tym razem wybierze koncepcję od dawna głoszoną przez choćby Jana Rokitę czy dr. Antoniego Dudka z IPN, a ostatnio także lidera SLD Wojciecha Olejniczaka: otworzyć archiwa z wyłączeniem informacji na temat życia prywatnego i niech każdy sam sobie wyrobi zdanie na ten czy inny temat, niech powstaną publikacje krytyczne na temat tych czy innych SB-eckich opracowań. Bez list agentów i bez oświadczeń. Równy dostęp do akt, a nie tylko dla wybrańców wskazanych przez ministra Ziobrę. Nawet jeden z największych krytyków lustracji prof. Andrzej Romanowski uważa koncepcję Dudka za bardziej cywilizowaną w porównaniu z obowiązującym dziś prawem. Wszystko zmierza ku temu rozwiązaniu, więc już dziś powinna rozpocząć się dyskusja jak w ramach takiej konstrukcji lustracyjnej będzie można chronić prawa do obrony osób oskarżonych o współpracę z SB i jak chronić informacje wrażliwe dotyczące życia ofiar SB. I czy taka ochrona w ogóle jest możliwa.

09:50, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (17) »
czwartek, 26 kwietnia 2007
Śmierć Barbary Blidy: czy będzie przestrogą dla PiS?

Śmierć Barbary Blidy wstrząsnęła wszystkimi, dlatego trudno obiektywnie ocenić to, co się stało wczoraj rano w domu byłej minister budownictwa. Załóżmy jednak, że przebieg zdarzeń był dokładnie taki jak opisują to funkcjonariusze ABW. Blida popełniła samobójstwo. Przyznajmy otwarcie, taki obrót sprawy był kompletnym zaskoczeniem nie tylko dla ludzi ABW, ale także dla wszystkich, którzy znali Barbarę Blidę. Trudno mi oskarżać agentkę ABW o nieudolność. Blidy nie traktowano jak groźnego przestępcę, chowającego broń w szafce łazienkowej, ale jak osobę przewidywalną i niegroźną dla otoczenia. Można o Blidzie wiele powiedzieć, ale nie to, że miała skłonności samobójcze, że była słaba psychicznie, nieodporna na stres. Czy rzeczywiście błędem funkcjonariuszy było to, że nie skuli byłej posłanki SLD kajdankami? Bo wtedy rzeczywiście do tragedii by nie doszło.
A przecież krytykom poczynań PiS-u nie chodzi o to, by zaostrzać politykę prokuratury w stosunku do podejrzanych.

Wydarzenia w Siemianowicach Śląskich powinny jednak skłonić PiS do poważnej refleksji na temat sposobów zwalczania przestępczości. Bracia Kaczyńscy postawili uzasadnioną diagnozę dotycząca wzrostu przestępczości i korupcji w Polsce. Wedle nich nieudolność policji i wymiaru sprawiedliwości, a wielu przypadkach zwyczajna korupcja funkcjonariuszy państwa doprowadziła do demoralizującego przekonania, że w Polsce nie ma reguł gry, i że jak jesteś dostatecznie sprytny, to możesz kraść do woli bez żadnych obaw.
Jednak pomysł PiS na zaradzenie tej sytuacji sprowadza się do sposobu myślenia pewnego średniowiecznego dowódcy, który opanował miasto, rządzone przez heretyków, bodajże katarów czy albigensów i wydał rozkaz, aby wybić wszystkich mieszkańców. „Panie” – rzekł mu jeden z z rycerzy – „Ale w tym mieści oprócz heretyków są i dobrzy chrześcijanie” – „To nic, wyrżnąć wszystkich, Bóg rozpozna swoich” – odparł dowódca

Tak też rozumuje PiS. Pozamykać kogo się da, najwyżej później się ich wypuści i przeprosi. Brak kompetencji, sprawności i wiedzy nasze organy bezpieczeństwa kompensują brutalnością i szybkim podejmowaniem decyzji, bez sprawdzenia faktów i przygotowania danej akcji. Bo oczywiście szkolenie i budowanie sprawnych struktur to zadanie na lata, a braciom Kaczyńskim są potrzebne sukcesy już dziś.

PiS jest zadowolony, bo realizuje swoją misję. Jednak produktem ubocznym takiej polityki nie musi być wzrost poczucia bezpieczeństwa obywateli. Przeciwnie, ludzie mogą zacząć się bać:
Bo czyż zachęcanie prokuratorów i policji do bezwzględności wobec osób, na które padł jedynie lekki cień podejrzeń i do stosowania jak najsurowszych środków przymusu nie prowadzi do swego rodzaju zastraszenia ludzi? Dlaczego nie można było Wąsacza, Blidy i wielu innych ludzi wezwać po prostu na przesłuchanie do prokuratury? Sądzę, że taki styl działania da się zaobserwować nie tylko przy okazji spektakularnych zatrzymań lekarzy i polityków, ale także zwyczajnych obywateli. Bo przyzwolenie na hucpę płynie z góry, więc nikt nie martwi o konsekwencje. Pewnego dnia umówiłam się z  koleżanką, że przyjadę po nią o dziewiątej rano, zjawiam się o umówionej porze, ale koleżanki nie ma. Sąsiadka powiedziała, że o szóstej rano w domu zatrzymała ją policja i zabrała do Otwocka na przesłuchanie. Okazało się, że prokurator wysłał po nią policjantów, bo podejrzewał, że ukradła komórkę. Pomyłka dotyczyła numeru seryjnego wspomnianego telefonu. Ten skradziony miał o jedno oczko niższy. Prokuratura się pomyliła. Cóż każdy się może pomylić. Rzecz w tym, że rzeczoną komórkę skradziono mężowi mojej koleżanki, wydawałoby się więc, ze policja mogła sprawdzić podstawowe fakty w tej sprawie.

O podobnych pomyłkach czytamy w gazetach bez przerwy. To już nie są incydentalne przypadki, to już jest plaga. Może ostatnie wydarzenia wymuszą na władzy refleksję, że lepiej włożyć więcej wysiłku w podnoszenie profesjonalizmu służb i prokuratury zamiast zachęcać ich do hucpiarstwa. Trzeba bronić i chronić uczciwych obywateli i takie jest najważniejsze zadanie władzy. Dopiero na drugim miejscu jest ściganie przestępców. Tego musi się trzymać rząd, nawet jeśli z tego powodu jakiemuś złodziejowi ujdzie coś na sucho.

12:51, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (11) »
czwartek, 15 marca 2007
Piotr Semka na tropie Trybunału
Piotr Semka napisał dzisiaj komentarz w „Rzeczpospolitej” na temat Trybunału Konstytucyjnego w „Rzeczpospolitej”. I wszystko mu się w tym komentarzu poplątało. „Trybunał Konstytucyjny wyrasta powoli na superarbitra w polskim życiu publicznym” zauważył z niezwykłym refleksem Piotr - rola Trybunału jako arbitra jest znana od kilkunastu lat. Zdaniem Semki Trybunał staje się pełnoprawnym uczestnikiem gry politycznej, zwalczającym PiS, a jako przykład podaje wypowiedź Andrzeja Zolla. A tenże profesor prawa stwierdził, że premier powinien podać się do dymisji po takim ataku na Trybunał.  Tyle tylko, że Andrzej Zoll członkiem Trybunału już nie jest!!!! I wszystko co mówi, mówi na własny rachunek!!!!!
 A przewodniczącą składu orzekającego w Trybunale w sprawie ustawy samorządowej była Teresa Liszcz wieloletnia członkini PC i współpracowniczka Kaczyńskich. I na pewno nie kierowała się chęcią zrobienia Kaczorom na złość. Po prostu ustawa jest zła i tyle. Nie tylko prawo, ale i zdrowy rozsądek to podpowiada. Premier jest zły z powodu tego orzeczenia, bo nie udało się pognębić Platformy i dlatego powiedział, że Trybunał trzeba zmienić. Jeśli rzeczywiście dojdzie do pozbawienia Trybunału kompetencji, to istotnie PiS da tym samym potężny argument do ręki tym, którzy uważają, że bracia Kaczyńscy niszczą demokrację. I ja będę musiała uderzyć się we własne piersi, bo do tej pory uważałam, że podejrzewanie Kaczyńskich o ciągotki do autorytaryzmu jest raczej histerią.
Mam nadzieję, że jednak nie dojdzie do ataku na kompetencje Trybunału i premier szybko otrzeźwieje.
13:18, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (21) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10