O polityce, o gospodarce i o stu innych sprawach - Dominika Wielowieyska
Kategorie: Wszystkie | Gospodarka | Polityka
RSS
środa, 14 marca 2007
PiS lubi układy
W 2009 roku mieliśmy skończyć z monopolem Poczty Polskiej. Teraz okazuje się, że Polska walczy o przesunięcie tej daty, bo Poczta się niedostatecznie przygotowała do tej operacji. Jest to wielki skandal. Dlaczego wszyscy obywatele mają płacić zawyżone ceny usług pocztowych i męczyć się w tasiemcowych kolejkach, tylko dlatego, że szefowie Poczty są nieudolni? Polski rynek jest za mało konkurencyjny. W głowach polskich polityków ciągle siedzi nakazowo-rozdzielcza gospodarka socjalistyczna. Ostatnio dziarscy posłowie chcą decydować ile aptek ma przypadać na określoną liczbę kilometrów kwadratowych. Bo rzekomo aptek jest za dużo, a jak będzie mniej, to aptekarze będą mieć większe obroty i obniżą marże. Włos jeży się na głowie, jak się słyszy takie głupoty. A jeszcze lobby aptekarskie chce zablokować sprzedaż leków przez internet. Wszystkie tego typu machinacje oznaczają jedno: wyższe ceny, gorsza jakość usług. Nie mogę pojąć jak PiS może tak ulegać branżowym lobby, ulegać tak przebrzydłym układom. Przecież to identyczny problem jak ten z korporacjami prawniczymi, które blokując dopływ młodych ludzi do zawodu, utrzymują wysokie ceny swoich usług. A PiS konsekwentnie tę patologię zwalcza. I słusznie. Rząd Jarosława Kaczyńskiego z udziałem Anny Streżyńskiej walczy z monopolistycznymi praktykami TP S.A. Dlaczego w jednych dziedzinach rządzący postępują zgodnie z interesem wszystkich obywateli, a w innych nie?
10:53, dominika.wielowieyska , Gospodarka
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 12 marca 2007
Dlaczego Romek Graczyk nas opluwa

Z wielką przykrością przeczytałam na pierwszej stronie „Dziennika” słowa byłego dziennikarza GW Romana Graczyka. Jego zdaniem ludzie Gazety protestują przeciwko składaniu oświadczeń lustracyjnych, bo boją się ujawnienia kolejnych agentów w swoim gronie. Graczyk dodał, że  duża część dziennikarzy nie złoży oświadczeń, bo boi się swoich szefów. Można się nie zgadzać ze swoją byłą redakcją, ale są granice opluwania dawnych kolegów.
W latach 90. Roman Graczyk był publicystą „Gazety”. Jego sposób myślenia był niemal w 100 proc. tożsamy z światopoglądem Adama Michnika. W „Gazecie” nieraz miały miejsce ostre spory, także z Adamem. Nie pamiętam, aby w nich uczestniczył Roman. Kilka lat temu nagle w „Gazecie” ujrzałam tekst Graczyka poświęcony lustracji. Przeczytałam i nie mogłam wyjść ze zdumienia, że to właśnie on napisał taki świetny artykuł wyważony, pod którym mogłabym się podpisać bez wahania. Jakiś czas potem dowiedziałam się, że Graczyk zerwał z GW współpracę ze względu na antylustracyjne poglądy redaktorów Gazety. Pomyślałam, że to wielka szkoda. Ale od tej pory Romek bez przerwy obraża osoby pracujące w jego do niedawna macierzystej redakcji. Z jego tekstów wyłania sie obraz zastraszonych, służalczych pismaków, i dlatego on - Roman Graczyk - w tak podłym gronie nie będzie przebywał. Dlaczego nie było słychać jego głosu, gdy w redakcji toczyły się fundamentalne spory?

Otóż szefowie „Gazety” nie wywierają presji na dziennikarzy w sprawie oświadczeń. Paweł Wroński już dawno ogłosił, że on to oświadczenie złoży. Ja zrobię podobnie, chyba, że wcześniej Trybunał Konstytucyjny orzeknie, że przepisy nakładające na nas ten obowiązek, są niezgodne z konstytucją.
W sobotnio-niedzielnym numerze „Rzeczpospolita” opublikowała jako wielką sensację mail, w którym była mowa o tym, że dziennikarze „Gazety” uważają wspomnianą ustawę za niekonstytucyjną. I możliwe jest, że Trybunał Konstytucyjny zajmie się tą kwestią zanim zbliży się ostateczny termin składania oświadczeń. Cóż to za rewelacja?
A przede wszystkim oskarżenia, że ktoś chce uniknąć lustracji są zabawne, skoro ustawa zakłada drukowanie list agentów przez IPN. Przecież archiwa się otwierają i na pewno zwolennicy lustracji dopilnują, aby każdy dziennikarz krytykujący oświadczenia był dokładnie przebadany. 

13:03, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (30) »
czwartek, 08 marca 2007
Milewicz całkiem legalna

Ewa Milewicz ogłosiła na swoim blogu, że nie złoży oświadczenia lustracyjnego. Ta deklaracja wywołała wielkie oburzenie części dziennikarzy, którzy uznali, że Ewa chce stanąć ponad prawem. Tymczasem ten zarzut można łatwo obalić.
Najnowsza ustawa lustracyjna zakłada, że za niezłożenie oświadczenia lustracyjnego traci się prawo do wykonywania zawodu dziennikarza. Ewa dokładnie wskazała mi przepisy, z których jasno to wynika. Twierdzenia, że w takich sytuacjach dziennikarz nie ponosi żadnej odpowiedzialności wynikają z tego, że ktoś niedokładnie przeczytał ustawę. Ja też w pierwszej chwili nie dostrzegłam tej sankcji. Jednak wprawne prawnicze oko Ewy zaraz to wyłowiło. Być może Parlament tak się pogubił przy uchwalaniu tej ustawy, że nie zorientował się co zatwierdza.
Ewa ogłosiła też, że poniesie wszelkie konsekwencje swego wyboru, a więc zrezygnuje z statusu dziennikarza. Wystarczyłoby więc, aby w kluczowym momencie, gdy będzie zbliżać się termin złożenia oświadczenia Ewa ogłosiła, że przestaje być dziennikarzem i tym samym nie musi już spełniać lustracyjnych wymogów. Efekt całej operacji pozostanie ten sam.
Ale w całej tej historii naprawdę nie chodzi o to, czy Ewa Milewicz stawia się ponad prawem czy nie. To oczywiste, że osoba o takim życiorysie może się czuć upokorzona składaniem deklaracji, że nie jest łajdakiem. Wolna Polska nie powinna tak traktować swoich bohaterów.

Najgłośniej potępiał Ewę redaktor naczelny Dziennika Robert Krasowski. Ale gdy w Tok FM Kuba Janiszewski zapytał go, co on jako szef redakcji zrobi z dziennikarzami, którzy odmówią złożenia oświadczenia, zapadło milczenie. Potem Krasowski niejasno tłumaczył, że on nic nie zrobi, ten dziennikarz dalej będzie pisał, i niech już IPN martwi się co z tym fantem zrobić. Drogi Robercie, moim zdaniem chcesz złamać prawo. Ustawa nakazuje Ci, byś nie publikował tekstów takiej czarnej owcy, a IPN nie ma tu nic do rzeczy.
Będzie więc wesoła zabawa z tą ustawą. Choć wydaje się wysoce prawdopodobne, że Trybunał Konstytucyjny zakwestionuje ją, bo przecież podważa ona zasadę swobody gospodarczej. Według tej zasady prywatny przedsiębiorca zatrudnia u siebie kogo chce.
Słyszę argumenty, że czytelnicy mają prawo wiedzieć, czy jakiś dziennikarz był agentem czy nie. I dowiedzą się. Trwa lustracja totalna, archiwa otwierają się coraz szerzej. Ujawniane są nazwiska kolejnych dziennikarzy. Oczywiście skoro już trzeba zlustrować niemal wszystkich, to i niech dziennikarze się lustrują. Jednak przepisy powinny zakładać, że jeśli jakiś wydawca się lustrować, to niech to robi, jeśli inny wydawca nie chce tego robić, to niech nie robi. Wtedy czytelnik może sobie powiedzieć: „Oho tam na pewno pracują sami agenci” i tej gazety nie kupuje. To czytelnicy są naszymi przełożonymi, niech oni decydują.

08:50, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (20) »
czwartek, 01 marca 2007
Demokracja internetu

„W głośnym eseju „Cyfrowy maoizm" profesor Jaron Lanier, jeden z twórców pojęcia „rzeczywistość wirtualna”, ostrzega przed bezkrytycznym zaufaniem do „ducha roju" (jak określa anonimową współpracę w internecie). Lanier porównuje nabożną egzaltację niektórych intelektualistów wobec „zbiorowej mądrości" internetu do bezkrytycznych postaw wobec takich utopii społecznych z przeszłości jak komunizm czy faszyzm. Jego niechęć budzą zwłaszcza tzw. strony-meta (Digg czy Reddit), które wyciągają najpopularniejsze linki z niezliczonej ilości stron. Linki te dotyczą głównie rozrywkowych marginaliów - zbudowany na ich podstawie przegląd wydarzeń na świecie uwzględniałby np. zatrucie salmonellą na studenckim konkursie pałaszowania lodów, a pominął werdykt Trybunału w Hadze w sprawie ludobójstwa w Srebrenicy. Zdaniem Laniera „zbiorowa mądrość" sprawdza się w niektórych dziedzinach życia (jak ustalanie ceny na wolnym rynku), ale w dziedzinie twórczości nic nie zastąpi ludzkiej wyobraźni i jednostkowego geniuszu.”
To fragment tekstu naszego dziennikarza Zbigniewa Basary.
Nie ma we mnie nabożnej egzaltacji wobec „zbiorowej mądrości” internetu. Ale nie widzę żadnych zagrożeń związanych z samym faktem internetowej demokratyzacji i możliwości zaprezentowania swojej opinii przez miliony  internautów. To może sprawić, że olbrzymie rzesze ludzi, o których mało kto słyszał, poczują się pępkiem świata.  Przestaną uważać się za kastę wykluczonych.

Jednym największych zagrożeń dla każdego cywilizowanego państwa jest tworzenie się grup wykluczonych, takich, którzy nie mają dostępu do środków masowego przekazu, o których interesy nikt nie dba, i przez to rośnie w niej bunt przeciwko panującemu porządkowi prawnemu. Internet w jakiejś części może stanowić antidotum na tę chorobę, tu może znaleźć ujście wszelka frustracja, tu zapomniani przez wszystkich obywatele mogą upomnieć się o swoje.

To też oznacza, że o wiele trudniej jest sterować czy narzucać swoją wizję świata za pomocą najbardziej wpływowych mediów. Większą siłę zyskuje moc argumentów a nie pieniądze, które pozwalają dotrzeć do jak największej liczby odbiorców. Internet jest kwintesencją demokracji, jej wad i zalet. Jest wielkim zagrożeniem dla wszystkich totalitarnych państw.

Nie wierzę, by jego popularność pociągała za sobą jakieś katastrofalne skutki. Kiedyś wieszczono upadek książki w związku z rozwojem telewizji. – jakoś nie nastąpił. Można narzekać, że internet jest czymś w rodzaju spluwaczki: każdy może opluć każdego nie ponosząc za to konsekwencji. Ale to jest cecha demokracji. Chamstwo i bez internetu trzymało się dobrze. 
Internet jest fantastycznym miejscem komunikowania się, zdobywania wiadomości. Cieszmy się nim i nie martwmy się, że w zbyt małym stopniu promuje kulturę wysoką albo tym, że zamiast istotnymi wydarzeniami zajmuje się głupstwami. Takie gusta a nie inne mają ludzie, a internet niczemu tu nie jest winien.

17:05, dominika.wielowieyska
Link Komentarze (4) »
wtorek, 27 lutego 2007
Męczeństwo Wildsteina

Bronisław Wildstein nie był prezesem partyjnym. Politycy nie mogli zadzwonić do niego i zażądać konkretnych decyzji. Był jednak jednym z najgorętszych fanów IV RP. TVP była przyjazna rządowi, bo Wildstein uważał, że inne media histerycznie reagują na Kaczyńskich, więc on będzie inny i bardziej
obiektywny. Ta filozofia prowadziła do łagodzenia krytyki wobec rządu.
Polsat i TVN biły na alarm, że z rządu nikt nie pojechał na ważną konferencję w Monachium i że to skandal, bo Polska nie jest obecna tam, gdzie toczą ważne rozmowy dla przyszłości UE. Była to pierwsza wiadomość w ich serwisach. Tymczasem telewizja publiczna napomknęła o tej kwestii gdzieś w środku jednego z materiałów - jakby od niechcenia. Za to TVP wyciągnęła nagranie działacza Samoobrony, który starał się zdezawuować Gazetę Wyborczą i świadków,  zeznających w śledztwie „praca za seks”. „Wiadomości” dały to jako informację dnia, chociaż o nagraniu dawno temu napisały inne gazety. Taki – może mimowolny - ukłon w stronę Andrzeja Leppera. TVP na całego wzięła się za lustrację wszystkiego co się rusza, nie dbając specjalnie o  staromodny zwyczaj, aby dać głos osobom oskarżanym o współpracę z bezpieką.
Telewizja publiczna była za rządów Wildsteina telewizją złą, pełną uprzedzeń i obsesji. Pod względem wyników oglądalności i kreowania popularnych programów pozostawała w tyle za stacjami komercyjnymi. Ale nie z tego powodu koalicja rządząca wyrzuciła Wildsteina.
PiS i jego koalicjanci potrzebują telewizji serwilistycznej, gotowej na każde skinienie braci Kaczyńskich. To musi być telewizja, która propagandowo wesprze rewolucję, prowadzącą do IV RP, bez żadnych zastrzeżeń i niepotrzebnych utyskiwań ze strony opozycji. Uśmiałam się do łez na wiadomość, że prezes Bronisław poległ, bo źle relacjonował sprawę raportu z likwidacji WSI. Toż to ukochany temat Wildsteina. Już pierwszy materiał w TVP 3 o przeciekach z raportu był jednoznacznie za Macierewiczem .
Co teraz czeka TVP? Prezesem został zaufany człowiek Kaczyńskich, owszem pracujący niegdyś jako dziennikarz, lecz dziś jest po prostu urzędnikem, oddelegowanym do nowych zadań. Ale też Andrzej Urbański ma poglądy o wiele bardziej stonowane niż Wildstein np. w sprawie lustracji. Jest też mniej konfliktowy. A co więcej dba o swój wizerunek osoby, która jest w stanie elegancko dyskutować z każdym środowiskiem. Zobaczymy jaki będzie efekt tej nominacji. Wydaje się jednak, że trzeba spodziewać się telewizji rządowej, w której żadne krytyczne opinie na temat gabinetu Jarosława Kaczyńskiego już się nie przebiją.
A Bronisław Wildstein? Może ta decyzja jest dla niego ratunkiem. Dalsze jego rządy mogły tylko potwierdzić tezę, że nie dał sobie  rady na tym stanowisku. A tak odchodzi w glorii dziennikarza niezłomnego i męczennika.

08:51, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 26 lutego 2007
Kluska kontra Kaczyńscy

Wywiad Romana Kluski w dzisiejszej  „Rzeczpospolitej” utwierdził mnie w przekonaniu, że współpraca tego biznesmena z rządem PiS będzie bardzo trudna. Obie strony mają bowiem kompletnie inną filozofię jeśli chodzi o przedsiębiorczość i związane z tym przepisy. Partia Jarosława Kaczyńskiego od początku lat 90. jest nastawiona na ściganie nieuczciwych przedsiębiorców i była za tym, by kolejne przepisy uściślały winę, wskazywały kolejne decyzje biznesowe, nie ujęte dotychczas w katalogu przestępstw.

Jednym ze sporów, który pokazywał różnicę w podejściu w tej kwestii była debata na temat uprawnień Najwyższej Izby Kontroli. Ówczesny jej szef Lech Kaczyński uważał, że państwo powinno zaostrzyć kontrolę nad sektorem prywatnym, a ówczesna Unia Demokratyczna gwałtownie przeciwko temu protestowała, tłumacząc, że administracja powinna w jak najmniejszym stopniu wtrącać się i kontrolować prywatne przedsięwzięcia. Ja wtedy rozumiałam argumentację Kaczyńskiego, bo rzeczywiście mieliśmy do czynienia z zalewem informacji o przestępstwach gospodarczych. Dziś uważam, że to Unia miała rację. Nawet jeśli w wyniku luźniejszych przepisów coś ktoś ukradnie, to jednak korzyści dla uczciwych przedsiębiorców i lepsze warunki dla ich egzystowania są wartością cenniejszą. A jedną z największych udręk biznesmenów są liczne i niekończące się kontrole. 

Nie sądzę jednak, aby swoje podejście do tego problemu zmienili politycy dawnego PC, obecnie PiS.  Opowiadają się raczej za ściślejszą kontrolą państwa nad wszelkimi instytucjami, za zwiększeniem represji i zaostrzeniem kryteriów, wedle których można kogoś uznać za winnego łamania prawa. Ostatnio rząd zapowiedział np. ostrzejsze kontrole jedoosobowych firm.
Tymczasem Roman Kluska uważa, że najlepszym okresem dla firm były rządy ministra przemysłu Mieczysława Wilczka przed 1989 rokiem(gabinet Mieczysława Rakowskiego). Głównie dlatego, że Wilczek postawił na całkowitą swobodę działalności gospodarczej. Początek ery Balcerowicza Kluska także uważa za w miarę niezły pod tym względem. Potem  parlament wyprodukował mnóstwo ustaw, krępujących aktywność przedsiębiorców. Większość czasu trzeba spędzać na studiowaniu przepisów zamiast myśleć o rozwoju swojego biznesu. Przypomnijmy, że bracia Kaczyńscy są zdecydowanymi zwolennikami tezy, że właśnie za Wilczka i Balcerowicza mieliśmy do czynienia z największymi patologiami.

W swojej diagnozie Roman Kluska ma po części rację, ale powrót do czasów Wilczka jest absolutną utopią, a ta wspaniała swoboda z tamtych czasów miała sporo wad m.in. to, że majątek państwowy przejmowało się na zasadzie prawa dżungli, że łatwo było oszukać kontrahentów doprowadzając firmę do bankructwa, wypompowując z niej wcześniej wszystkie pieniądze. Nie było bowiem prawa upadłościowego. Przykładów jest bez liku. Zgadzam się jednak, że zdejmowanie z przedsiębiorców kolejnych ciężarów dobrze przysłuży się gospodarce, tylko czy braciom Kaczyńskim będzie się to podobać? Nie chodzi tylko o to, że chcą kontrolować wszystko co się da, a sektor prywatny wydaje im się z gruntu podejrzany, ale są także wyczuleni na kwestie prawa pracy, które powinno- ich zdaniem- w większym stopniu chronić pracowników. A to z kolei nie zawsze jest w interesie pracodawców.
Ciekawa więc jestem, jaki będzie efekt starcia się tych dwóch odmiennych filozofii?

12:54, dominika.wielowieyska , Gospodarka
Link Komentarze (2) »
piątek, 23 lutego 2007
Rospuda: referendum donikąd
Propozycja zorganizowania referendum w sprawie obwodnicy dla Augustowa nie jest dobrym pomysłem. Premier chciał pozbyć się w ten sposób problemu, ale to próba nieskuteczna. Bo jeśli w referendum mieszkańcy Podlasia opowiedzą się za obwodnicą kosztem Doliny Rospudy, to karę nałożoną przez Unię Europejską w tej sprawie zapłacą wszyscy podatnicy,  nie tylko z Podlasia. Przypomnijmy – UE, tak jak ekolodzy, uważa, że budowa drogi na tym terenie jest niedopuszczalna.
Rozumiem żal Augustowa, które cierpi z powodu braku obwodnicy, być może mało czujni byli też ekolodzy, bo plany drogi wiodącej przez Rospudę były od dawna znane. Ale wobec takiej eskalacji konfliktu minister środowiska powinien wystąpić w roli arbitra, negocjatora, który wspólnie z obiema stronami sporu będzie szukał wyjścia kompromisowego. Trzeba zastanowić się nad wytyczeniem innej trasy obwodnicy i zaproponować jak najszybszą procedurę załatwiania formalności, tak aby opóźnienia w budowie były jak najmniejsze. Trzeba przekonać mieszkańców Augustowa, że ochrona unikalnych terenów jeśli chodzi o środowisko naturalne, jest także ich kapitałem, bo ta część Polski żyje w dużej mierze z turystyki. A już na pewno najgorszym wyjściem jest szukanie haków bądź to na ekologów (policja ma zająć się badaniem działalności organizacji proekologicznych) bądź to na firmy, które mają budować obwodnicę. Podgrzewanie atmosfery prowadzi donikąd.
Musimy się jak najszybciej nauczyć rozwiązywać podobne spory. Ekolodzy, a także minister środowiska,  powinni szybciej wskazywać potencjalne szkody związane z takim, a nie innym wytyczeniem tras dróg czy lokalizacją inwestycji. Polska musi budować autostrady, mamy w tej dziedzinie wielkie opóźnienia i mnóstwo unijnych pieniędzy do wydania. Przyspieszenie budowy autostrad wymaga najprawdopodobniej zmiany prawa, które dziś daje olbrzymie możliwości wszystkim tym, którzy chcą zablokować jakąś inwestycję. Kłopoty z uregulowaniem statusu prawnego gruntów, tasiemcowe formalności protesty itd. Dość przypomnieć losy Trasy Sierkowskiej w Warszawie. Dlatego nie można wykluczyć, że możliwości blokowania kolejnych projektów będą ograniczone. Tym bardziej potrzebny jest ze strony ekologów  system wczesnego ostrzegania, aby uniknąć tak dramatycznych konfliktów jak ten dotyczący Rospudy.
14:27, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (7) »
wtorek, 20 lutego 2007
Zatrzymać WSIową katastrofę

Jak wszyscy to wszyscy. Ja też postanowiłam dorzucić dwa słowa na temat raportu o WSI. I chociaż bardzo chciałabym być oryginalna na tle innych przedstawicieli Gazety Wyborczej i powiedzieć coś odwrotnego niż reszta, to jednak nie mogę. Nie da rady.

W każdym demokratycznym państwie trwa niekończąca się batalia, przeciąganie liny. Na ile działalność służb specjalnych powinna być tajna, bo dzięki temu byłyby one bardziej skuteczne w zapobieganiu i wykrywaniu niebezpieczeństw, a na ile służby te powinny jednak podlegać cywilnej kontroli, choćby parlamentarnej. Większa autonomia pociąga za sobą niebezpieczeństwo tworzenia państwa w państwie, nadużywania władzy, wykorzystywanie poufności do przeprowadzenia akcji, sprzecznych z interesem publicznym. Polska nie jest tu żadnym wyjątkiem, bo można sypać licznymi przykładami, jak politycy innych demokratycznych państw wykorzystywali służby do nieczystych gier - ulubionym bohaterem tych opowieści jest CIA. Jak różne lobby w służbach wykorzystywały swoją wiedzę i pozycję do robienia lewych interesów. Czy nie budzi naszych wątpliwości, że wywiad i tajna policja miała wśród swoich informatorów zwykłych przestępców i przymykała oko na ich wyskoki, po to, aby zyskać coś więcej? Czy nie kończyło się to dziwną symbiozą części służb i bandytów? Przecież dochodziły do nas informacje, że niejaki Baranina nieźle sobie radził właśnie dlatego, że był za pan brat z agentami niektórych zachodnich wywiadów.

Dlatego przewietrzenie tego towarzystwa przez PiS  nie było złym pomysłem. Tym bardziej, że na zwykłe zagrożenia związane z autonomią służb nakładały się jeszcze naleciałości z czasów PRL i ZSRR. Sprawa pułkownika Lesiaka pokazała, że najróżniejsze patologie miały miejsce. A Polska jest dziś na tyle silnym krajem o ugruntowanej pozycji międzynarodowej, że mogła sobie na taki manewr pozwolić. Propozycja likwidacji WSI nie wzbudziła więc wielkich protestów. Choć dziesięć lat temu taki pomysł wywołałby potężną burzę.

Rzecz jednak w tym, że w innych krajach mimo fatalnych praktyk, jakie zdarzały się w tajnych służbach, raczej nie decydowano się na taką rewolucję, jaką zaproponował PiS. Wybierano mniej radykalne środki takie jak śledztwa przed komisjami parlamentarnymi. Owszem zdarzały się przypadki ujawniania nazwisk agentów – ostatnio miało to miejsce w USA i wybuchła z tego powodu niezła awantura. Ale nikomu nie przyszło do głowy, by ogłaszać kompleksowe raporty wraz z danymi sporej liczby agentów i opisami konkretnych akcji  wywiadu. Z prostego powodu: straty wynikające z takiego kroku przewyższają ewentualne korzyści. A tych strat jest bez liku: dekonspiracja, dostarczanie cennych informacji obcym wywiadom, zniechęcenie ludzi do współpracy ze służbami, wpędzanie w kłopoty tych cudzoziemców, którzy kiedykolwiek mieli kontakt z ujawnionymi agentami polskiego wywiadu czy kontrwywiadu. Ograniczam się tylko do uwag ogólnych, dotyczących filozofii reform. Bo o tym, że Antoni Macierewicz jest urzędnikiem zupełnie niewiarygodnym, o tym, że raport zawiera wiele tez, niepotwierdzonych dowodami, albo w aurze wielkiego odkrycia odgrzewa stare kotlety, a więc informuje sprawach, nad którymi prokuratura pracuje od dawna, napisano już bardzo wiele.
Teraz raport będzie obiektem kolejnych analiz i debat, co będzie wymuszało reakcję obronną rządu, a więc ujawnianie kolejnych smacznych informacji o naszym wywiadzie. I tak bez końca będziemy obnażać wszystkie słabości struktur naszego państwa. Już teraz mamy wielkie zamieszanie w dyplomacji, odwoływanie ambasadorów i  attache, choć wydawałoby się, że w interesie państwa leży, by taka wymiana – jeżeli rzeczywiście jest niezbędna – odbywała się dyskretnie, by nie niszczyć wizerunku polskich placówek dyplomatycznych.

Premier Kaczyński nie jest w stanie oddzielić dwóch kwestii; likwidacji WSI oraz ogłoszenia raportu. Każdą krytykę dokumentu traktuje jako kontratak układu. Głównym motorem jego działań są obsesje albo też skrajny cynizm. Bo oznaczałoby to, że nie chodzi o reformę struktur wywiadu, ale o propagandową akcję i zemstę polityczną, dokonywaną kosztem bezpieczeństwa państwa.

Mleko się wylało i dziś najważniejszą sprawą jest przekonanie obecnej władzy, by ten proceder zatrzymała, aby ogłosiła, że cel został osiągnięty i nie trzeba już kolejnych raportów i aneksów.  I ważny będzie tu głos tych publicystów i intelektualistów, którym idee PiS były bliskie, ale którym nigdy  nie brakowało odwagi, by braci Kaczyńskich krytykować. Może na apel, by nie rujnować instytucji państwa, na apel jednoczący różne środowiska rząd łaskwie zwróci uwagę.

10:57, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (7) »
niedziela, 04 lutego 2007
Macierewicz na tropie dziennikarzy

Od dłuższego czasu zajmujemy się tematem współpracy dziennikarzy z WSI. Do mediów wyciekają kolejne nazwiska domniemanych współpracowników. Wielu polityków uważa, że praca dla służb wolnej Polski nie jest niczym zdrożnym, nie ma więc powodu piętnować dziennikarzy, którzy się na nią zdecydowali. Inni z kolei argumentują, że WSI były strukturą patologiczną i każdy, kto miał z nią jakikolwiek kontakt, naraził swoją reputację na szwank.

Tymczasem dziennikarz powinien unikać takiego zaangażowania nie dlatego, że akurat WSI było wcieleniem zła, ale dlatego, że każdy z nas powinien trzymać się jasnej zasady: nie można pracować dla administracji rządowej, samorządowej lub biznesu i jednocześnie być dziennikarzem. Mamy tu do czynienia z konfliktem interesów. Współpraca ze służbami jest właśnie jedną z odmian współpracy z administracją rządową. Dziennikarz z samego założenia musi służyć opinii publicznej, a nie instytucjom, które opisuje i krytykuje. Dlatego dobrze by było, by szefowie służb specjalnych nie werbowali dziennikarzy, a my ze swojej strony powinniśmy rygorystycznie przestrzegać wyżej wymienionych zasad.

Owszem mogą się zdarzać przypadki – szczególnie w sytuacjach ekstremalnych np. wojny lub zagrożenia terrorystycznego – kiedy dziennikarze współpracują z policją lub służbami w interesie publicznym. Ale mogą to być jedynie incydenty, a nie trwały proceder.

Jeśli zaś chodzi o przypadek WSI, to sądzę, że generalne ujawnianie nazwisk współpracowników – nawet jeśli byliby to dziennikarze – jest szkodliwe dla państwa polskiego. Polska jest suwerennym krajem i nie wolno dekonspirować współpracowników służb, co nie znaczy wcale, że nie należy służb reformować i wzmacniać cywilnej kontroli nad nimi. Być może w WSI miały miejsce patologiczne próby wykorzystywania służb w interesie jakiegoś lobby biznesowego lub politycznego. Być może dziennikarscy agenci inspirowali lub pisali artykuły, oparte na fałszywych informacjach. Może fałszowano dowody, by ratować w sądzie skórę jakiegoś polityka. W takich przypadkach, niezależnie od tego czy rzecz dotyczy dziennikarza czy nie, sprawa powinna być skierowana do prokuratury i osądzona tak jak dzieje się to w przypadku płk Lesiaka. Na razie informacje wyciekające z komisji weryfikacyjnej WSI są zbyt skąpe i ogólnikowe. Można odnieść wrażenie, że znaleziono niewiele, więc pompuje się znaczenie czterech ewentualnych współpracowników służb, których nazwiska ujawniono. Ale gołym okiem widać, że ich wpływ ma działanie mediów był skromny. Co gorsza każda informacja podawana przez Antoniego Macierewicza powinna być sprawdza 10 razy, bo przecież pamiętamy  słynny skrót myślowy tego urzędnika, wedle którego większość szefów MSZ to sowieccy agenci. Ile skrótów myślowych będzie w nowym raporcie Macierewicza?

Niewykluczone, że ujawnienie raportu z weryfikacji WSI zostało opóźnione właśnie dlatego, że dekonspirowanie agentów jest działalnością szkodliwą dla państwa i fantastycznym prezentem dla obcych wywiadów. Decydenci w PiS zrozumieli, że taka operacja – w szczególności przeprowadzona przez Antoniego Macierewicza – jest niezwykle ryzykowna. Jeśli prawdą jest, że szef MON Radek Sikorki domaga się dymisji Macierewicza, to powodem może być ów słynny raport, ujawniający tajemnice państwowe.

17:25, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (29) »
poniedziałek, 29 stycznia 2007
Stokłosa fajniejszy od Wąsacza

Śledztwo w sprawie skorumpowanych urzędników w ministerstwie finansów trwa od wielu miesięcy. Od dłuższego czasu wiadomo, że sprawa dotyczy m.in. umorzeń podatkowych dla biznesmena Henryka Stokłosy. Stokłosa jest publicznym czarnym charakterem. W swoim regionie zachowywał się tak, jakby prawo go nie obowiązywało. Co wcale nie przesądza, że w aferze korupcyjnej rzeczywiście jest winny. Można było się jednak spodziewać, że policja i służby specjalne będą monitorować poczynania biznesmena.. Blisko miesiąc temu prokuratura postanowiła Stokłosę zatrzymać, ale niestety nic z tego. Pan Henryk zagrał na nosie służbom i zniknął. Teraz rzecz wyszła na jaw.  Szczególnie interesująco wypada ta historia w zestawieniu z losami b. ministra skarbu Emila Wąsacza. Wąsacz zawsze pilnie stawiał się na wezwania czy to komisji śledczych czy to prokuratury. Zastrzeżenia pod adresem przeprowadzonej przez niego prywatyzacji PZU znane są od lat. Jednak – jak powiedział prokurator Janusz Kaczmarek w wywiadzie dla „Gazety” – Wąsacz postanowił wyjechać na wycieczkę do Nepalu i w tym celu „kupił plecak”. Dlatego Wąsacza nad ranem zatrzymali funkcjonariusze w kuloodpornych kamizelkach. Bo jak wiadomo Wąsacz znany jest z tego, że z byle powodu strzela z ostrej broni do wszystkiego co się rusza. Nie wiemy, czy winę Wąsacza potwierdzi sąd, wiemy jednak, że ów sąd zwrócił mu już paszport. Zarzuty pod adresem byłego ministra skarbu mają charakter urzędniczy. Zarzuty pod adresem Stokłosy - korupcyjny.

Czasami zastanawiam się jakimi kryteriami w swojej pracy kierują się służby i policja kierowane przez najbardziej zaufanych ludzi premiera.

11:52, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (11) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10