O polityce, o gospodarce i o stu innych sprawach - Dominika Wielowieyska
Kategorie: Wszystkie | Gospodarka | Polityka
RSS
środa, 10 stycznia 2007
Wyrafinowana dyplomacja prezydenta

Kulisy decyzji o wycofaniu poparcia dla arcybiskupa Stanisława Wielgusa nie są do końca znane. Wiele jednak wskazuje na to, że w całej sprawie miał swój udział prezydent Lech Kaczyński i jego Kancelaria. Jeśli tak było, to trzeba przyznać, że prezydenccy urzędnicy wykazali się niezwykłą delikatnością i dyplomacją najwyższej próby. Nie wznosząc gromkich okrzyków „Precz z agentami”, nie chwaląc się swoim udziałem w całej sprawie, nie ganiąc hierarchów za opieszałość w rozwiązaniu sprawy arcybiskupa, prezydent dyskretnie pomógł w zażegnaniu kryzysu. Zapowiadając swój udział w ingresie, mało kto spodziewał się, że za tą spokojną deklaracją kryje się coś jeszcze. Chciałoby się rzec: „Panie prezydencie, czemuż to ujawnienia tych zalet pańskiej dyplomacji nie możemy doczekać w polityce zagranicznej w wielu innych sprawach?”  W ekipie PiS-u obowiązuje zazwyczaj zasada, by dziarsko wymachiwać szabelką, wygłaszać groźne zdania, że nikt tu nam nie będzie dmuchał w kaszę, i że zrywamy z polityką uległości wobec bogatszych krajów UE i Rosji.  Efekty tych pokrzykiwań póki co są marne. Polska nie zyskała wiele na arenie unijnej. Chyba bardziej skuteczny jest model polityki zagranicznej stonowanej. Aleksander Kwaśniewski był atakowany – także przez PiS - za uległość wobec Władimira Putina i za to, że nie umie po męsku walnąć pięścią w stół. Wyrzucano mu, że pojechał na obchody 60-tej rocznicy zwycięstwa nad Hilterem, gdzie Polska została potraktowana bez należytego szacunku. Kwaśniewski spokojnie odpierał zarzuty, jakby wiedział swoje. Bo czy Putin przejąłby się tym, że polski prezydent w owym czasie zostałby w domu, skoro w Moskwie na trybunach obok rosyjskiego przywódcy stały największe szychy europejskie? Prawdziwym ciosem w Putina i jego imperialistyczne zapędy była polska polityka zagraniczna wobec Ukrainy, pomoc w zwycięstwie pomarańczowej rewolucji. Wcześniej Kwaśniewski wstrzemięźliwie odniósł do zarzutów wobec byłego prezydenta Ukrainy Leonida Kuczmy w sprawie jego udziału w doprowadzeniu do śmierci dziennikarza. Choć rzecz pachniała bardzo źle. Ta wstrzemięźliwość umożliwiła Kwaśniewskiemu odegranie roli arbitra w Kijowie, i być może była prorocza, bo dziś dochodzą nas głosy, że owe oskarżenia wobec Kuczmy mogły mieć swoje drugie dno. Mogły być sfałszowane, po to by zniechęcić zachodnich polityków do ukraińskiego przywódcy i popchnąć go ostatecznie w ramiona Rosji.
Liczą się więc efekty, a nie zaczepne deklaracje i gesty. Oby przypadek arcybiskupa Wielgusa stał się latarnią, nowym otwarciem w polskiej dyplomacji.
13:08, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (23) »
piątek, 05 stycznia 2007
Spóźnione wyznanie arcybiskupa Wielgusa
Nominacja arcybiskupa Stanisława Wielgusa na metropolitę warszawskiego mogła być odważnym gestem Stolicy Apostolskiej, dającym świadectwo stanowisku Kościoła w sprawie lustracji. Kościół oto pokazałby, że SB-eckie teczki to nie prawda objawiona, ale raczej dokumenty, wymagające drobiazgowej weryfikacji i czasami świadczące nie tyle o wielkich grzechach i złu, ale raczej o słabości ludzi, którzy dali się wciągnąć w grę  z Służbą Bezpieczeństwa. Żeby była jasność – oczywiście są współpracownicy SB, którzy czynili wiele szkód i krzywd opozycji demokratycznej i ich ocena moralna, to zupełnie osobna sprawa. Ale mówimy dziś o ludziach, którzy nękani, szantażowani, w jakimś stopniu ulegli, by potem się wycofać z wcześniejszych deklaracji współpracy. Być może jest to przypadek arcybiskupa
Gdyby arcybiskup Wielgus od razu publicznie poinformował wiernych, że w chwili słabości podpisał oświadczenie o współpracy z wywiadem PRL, że boleje nad tym, że wszystko wyznał papieżowi, to dziś mógłby przejąć swoją funkcję z otwartą przyłbicą. Kościół dałby sygnał, że ludzie, którzy w chwili słabości dali się zastraszyć SB, mają swoje miejsce w Kościele i mogą w nim pełnić ważną rolę. Niestety stało się inaczej. Arcybiskup zapytany o to, jakie dokumenty podpisał, nie wymienił deklaracji o współpracy. To wyznał dopiero dziś, po tym jak dokumenty zostały opublikowane. 
Gdy duchowny zapewniał w wywiadzie dla „Gazety”, jak wyglądały jest relacje ze służbami specjalnymi, ja wierzyłam jego oświadczeniom. Dziś czuję się trochę wywiedziona w pole. Szkoda, że arcybiskup nie powiedział wszystkiego od razu. Dał tym samym potężny oręż do ręki zwolennikom bezwzględnej lustracji, wedle których już samo podpisanie jakiegokolwiek dokumentu o współpracy dyskredytuje człowieka ostatecznie i nie ważne, na czym działalność agenturalna polegała w praktyce.
Szanuję i akceptuję decyzję Stolicy Apostolskiej, a ksiądz arcybiskup zapewne będzie musiał sam odpowiedzieć sobie na pytanie czy, przyjmując nową rolę, zyska szacunek wiernych.
Nie dziwię się jednak, że, mimo tego kluczenia nowego metropolity warszawskiego, inni biskupi nadal publicznie go bronią. Być może niektórzy z nich sądzą, że jednak arcybiskup Wielgus sam zrezygnuje, a wtedy któryś z nich zająłby jego miejsce. Nikt więc nie chce występować w roli oskarżyciela, by potem nie być posądzonym, że formułował swe zastrzeżenia, by przyspieszyć odejście metropolity warszawskiego.
15:46, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (21) »
środa, 20 grudnia 2006
Kazik chce się sprawdzić w biznesie

Kazimierz Marcinkiewicz w 2005 roku  w kampanii wyborczej przekonywał, że gdy PiS dojdzie do władzy, to zasady powoływania szefów państwowych spółek zmienią się radykalnie. Będą organizowane jawne konkursy. Obiecanki cacanki. Prezesów przynosi się w teczkach. Ktoś powie: jaki sens mają konkursy, skoro komisja konkursowa i tak wybierze politycznych faworytów? A jednak konkursy warto organizować, bo opinia publiczna ma szansę przyjrzeć się kandydatom, a oni sami muszą sformułować jakąś wizję rozwoju spółki. Muszą się też wykazać pewnymi kompetencjami. Być może konkursy dalej dostarczałyby politycznych nominantów, ale przynajmniej ci najbardziej skompromitowani brakiem wiedzy i pomysłów odpadali w przedbiegach. Zaryzykowałabym twierdzenie, że obecny prezes PZU Jaromir Netzel przez konkurs by nie przebrnął.

Niestety po konkursach pozostało wspomnienie. Dziś Kazimierz Marcinkiewicz, jako niedawny ich promotor, chce tę ideę dobić osobiście. Wybiera się bowiem do zarządu jakiejś spółki skarbu państwa. I nic nie wspomina o żadnej procedurze konkursowej. Będziemy więc mieli klasyczną nominację polityczną, tym bardziej, że Marcinkiewicz nie ma doświadczenia biznesowego. "Kazik chce się sprawdzić w biznesie" - można by rzecz, parafrazując dawne powiedzenie byłego ministra skarbu Wiesława Kaczmarka a propos nominacji Stanisława Dobrzańskiego na prezesa PSE.

Można na rzecz spojrzeć także z drugiej strony. Marcinkiewicz był sprawnym szefem sejmowej komisji skarbu w poprzedniej kadencji. Jego wielką zasługą było to, że potrafił zręcznie ogrywać największych sejmowych populistów tak, by oni sami nie orientowali się, że ktoś ich wywiódł w pole. Tak było np. z sejmową uchwałą w sprawie rzekomego zakazu prywatyzacji PKO BP, która w rzeczywistości tego zakazu nie zawierała. Z tego powodu w rządzie pełnym populistów i szkodliwych koncepcji gospodarczych  taki Marcinkiewicz w spółce skarbu państwa może by się przydał, o ile będzie miał w zarządzie ludzi, którzy rzeczywiście znają się na zarządzaniu i specyfice firmy.

15:55, dominika.wielowieyska , Gospodarka
Link Komentarze (25) »
Częstochowa Lepperowi nie pomogła
Andrzej Lepper pojechał do Częstochowy zawierzyć Samoobronę opiece Matki Boskiej. Wicepremier wstydu nie ma. Szczerze bym mu radziła zostawić Matkę Bożą w spokoju. Drzwi do Kościoła dla każdego są otwarte, ale istnieją takie pojęcia jak wyznanie win i żal za grzechy. A już wykorzystywanie Częstochowy do ratowania notowań partii wydaje się zwyczajnie obrzydliwe. Bo tak naprawdę posłowie Samoobrony modlili się do Boga o to, aby ich grzeszki pozostały w ukryciu. Dziś nie mam żadnych wątpliwości, że Andrzej Lepper doskonale wiedział, co dzieje się w jego ugrupowaniu. A jego sytuacja pogarsza się z dnia na dzień. W prokuraturze pojawił się nowy świadek, który może jeszcze bardziej obciążyć konto wicepremiera. 
Nie zazdroszczę prokuratorom łódzkim. Być może staną przed dylematem: oskarżyć Andrzeja Leppera lub zostawić go w spokoju. A jeśli pojawią się zarzuty wobec wicepremiera, to co stanie się z rządem Jarosława Kaczyńskiego i z koalicją? Czy prokuratorzy udźwigną ten ciężar odpowiedzialności za zawirowania polityczne w Sejmie?
09:53, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 11 grudnia 2006
Aneta pod pręgierzem

Losy Anety Krawczyk stały się najpopularniejszą telenowelą, tyle że prawdziwą. Pani Aneta postanowiła ujawnić się i dziś ponosi tego konsekwencje. Gorzki smak sławy będzie czuła jeszcze przez wiele miesięcy.
Nie wiem na ile Aneta Krawczyk jest osobą prawdomówną. Nie mogę za nią ręczyć. Ale mimo to chciałabym  podjąć się jej obrony.

Zarzut nr 1; zgodziła się na seks z posłem Samoobrony po to, by zapewnić sobie dobrze płatne zajęcie. A przecież nie musiała. Najpierw trzeba jasno sobie powiedzieć, że w tej sprawie nie o morale pani Anety chodzi, ale o karygodny proceder, który ma miejsce w Samoobronie: praca za seks, molestowanie seksualne, wykorzystywanie władzy do upodlenia kobiet.
 A wszystkim tym, którzy szybko osądzają Anetę warto powiedzieć, że niechże postawią się na miejscu kobiety z dwójką dzieci bez pracy, bez pomocy męża. To właśnie sytuacja samotnych kobiet z dziećmi jest w Polsce bardzo trudna. Samotni rodzice mają o wiele mniejsze możliwości znalezienia dobrej pracy, bo są mniej mobilni, mniej dyspozycyjni. Łatwo wyrokować o czyjejś postawie etycznej, jak się ma pieniądze, wsparcie męża i rodziny itd. Może w tym wypadku dla matki dwójki dzieci ważniejsza niż zasady etyczne była walka o przyzwoite warunki życia dla dzieci.

Zarzut 2: Aneta – wedle jej zeznań – właściwie zgodziła się na wstrzyknięcie sobie oksytocyny, a więc tym samym bierze odpowiedzialność za stworzenie zagrożenia dla swojego dziecka. Nie akceptuję aborcji, ale akurat w tej kwestii wykazuję się wyjątkową niekonsekwencją. Kobiety, które decydują się na taki krok, uważam za ofiary i nigdy nie ośmieliłabym się je potępiać. Nawet w tak szczególnym przypadku, gdy ciąża jest już tak zaawansowana. Naprawdę nie jesteśmy w stanie wczuć się w rolę ciężarnej, samotnej matki dwojga dzieci, zaszczutej, zastraszanej przez swoich pracodawców.

Zarzut 3: Aneta skłamała mówiąc, że ojcem jej dziecka jest Stanisław Łyżwiński. Skłamała? A może się pomyliła? Kobieta, która w jednym czasie miała więcej niż jednego partnera, nie może mieć żadnej pewności, który z nich jest ojcem jej dziecka. Natura może płatać niezłe figle w tym względzie. Może rzeczywiście wierzyła, że ojcem jest Łyżwiński? Bo co zyskałaby, oskarżając go bezpodstawnie? Przecież musiałaby zdawać sobie sprawę, że rzecz szybko wyjdzie na jaw i tym samym straci wiarygodność?
Nie wierzę w świadome kłamstwo Anety w tej sprawie, chyba, że lekarze stwierdziliby u niej jakieś zaburzenia psychiczne. Ale póki nic nie wskazuje na to, by miała kłopoty ze zdrowiem psychicznym. A przede wszystkim jej zeznania dotyczące molestowania seksualnego potwierdzają inni świadkowie.

Zarzut 4: ujawniając się Aneta Krawczyk naraziła swoje dzieci na niesławę i stres. To zarzut poważny, ale też trochę bałamutny. Bo zawsze ten, kto decyduje się na ujawnienia zła, w którym uczestniczył, naraża swoją rodzinę na nieprzyjemne sytuacje. To, jak dzieci przejdą przez ten trudny okres, zależy od nas wszystkich: dziennikarzy, sąsiadów Anety, mieszkańców jej rodzinnej miejscowości, nauczycieli w miejscowej szkole.


Nie namawiam nikogo, aby pochwalał to, co zrobiła Aneta Krawczyk, bo zrobiła źle. Ale apeluję; zastanówcie się chwilę zanim nazwiecie Anetę konfabulantką i potępicie ją z pozycji wszytskowiedzących moralizatorów.

17:06, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (19) »
środa, 06 grudnia 2006
Samoobrona pogrąża się coraz bardziej

Samoobrona już się pogrążyła – i to nie zależnie od tego czy Aneta K. mówi prawdę czy nie.
Wyznania Anety łatwo zweryfikować, choćby to czy ma dziecko z posłem Łyżwińskim (Łyżwiński zaprzecza).
Jednak jej wiarygodność nie ma już takiego znaczenia jak na początku afery. Politycy Samoobrony obnażyli się w sposób straszliwy, wypowiadając się na jej temat. Zobaczyliśmy w pełnej krasie ich mentalność i styl działania.
Prześledźmy po kolei wystąpienia publiczne Andrzeja Leppera i jego ludzi. Posłanka Wanda Łyżwińska, komentując całą sprawę,  rzekła coś o jurnych chłopach. Andrzej Lepper zauważył, że pani Aneta ma przecież trójkę dzieci i to każde z innym mężczyzną (skąd to  Lepper wie, skoro jeszcze nie przesądzono kto jest ojcem trzeciego dziecka?)
Wniosek? Jak mężczyzna ma liczne kochanki to jest to jurny chłop, a jak kobieta …. No, to wiadomo, co o niej myśleć. Posłanka Renata Beger zauważyła, że Aneta  tanio się sprzedała: oferowała seks za posadę z marną pensją 1200 zł (ciekawe jak elektorat pani Renaty odniesie się do tej opinii o „marnych” 1200 zł – może po tak długim pobycie w Sejmie posłance trochę się w głowie przewróciło) Można z tego wnioskować, że inne działaczki Samoobrony załatwiały sobie wyższe pensje w takich sytuacjach.
Generalnie parlamentarzyści Samoobrony w całej sytuacji nie dostrzegają niczego złego. Ze świecą szukać posła tej partii, który stanowczo oświadczyłby, że wymuszanie seksu w zamian za pracę to zwykłe świństwo, a przy okazji przestępstwo. Zamiast tego ludzie Leppera usiłują sprowadzić wszystko do problemu kłótni domniemanych kochanków.
A tymczasem Stanisław Łyżwiński mówił, że Aneta K. była kiepskim pracownikiem. Dlaczego więc zajmowala czołowe miejsca na litach wyborczych partii? Wyjaśnienia posła były co najmniej mętne.

Samoobronę dobił wybitny przedstawiciel zaplecza intelektualnego tego ugrupowania Krzysztof Filipek. Dawna ekspertka Samoobrony wymieniła jego nazwisko, opowiadając o swobodnych obyczajach panujących w partii Leppera. Wobec tego Filipek oświadczył z całą mocą, że on by się do owej ekspertki nie zbliżył nawet, gdyby został z nią na bezludnej wyspie i od ich aktu seksualnego zależałoby przetrwanie gatunku ludzkiego. Po wygłoszeniu tego jakże barwnego przykładu, uśmiechnął się bardzo, bardzo zadowolony ze swego konceptu.
Urocze!!! Następnie poseł Filipek – także w odruchu obronnym- zaczął wyliczać ile to żon mają poszczególni ministrowie rządu Jarosława Kaczyńskiego. Wyliczanka fascynująca.
A w tle tego wszystkiego pobrzmiewa jeszcze rechot Andrzeja Leppera z konferencji prasowej, na której oświadczył, że przecież prostytutki zgwałcić się nie da. W tę atmosferę dobrze wpisał się poseł PiS Jacek Kurski, który posłanki określił mianem „kobietony” (potem zapowiedział przeprosiny)
I wszystko byłoby bardzo zabawne, gdyby nie wyznania Anety K. o jej ciąży -  przerażające i szokujące.

Gdy Jarosław Kaczyński ponownie zawierał koalicję z LPR i Samoobroną, mówiłam publicznie,  że na inną koalicję teraz nas nie stać, a skoro PiS nie dopuści do przyspieszonych wyborów, to lepsza taka większość sejmowa niż ciągły kryzys parlamentarny. Wobec kolejnych, nazistowskich wybryków przedstawicieli LPR, wobec gorszących przestępczych skandali Samoobrony pozostanie stwierdzić jedno: ta koalicja budzi już tylko obrzydzenie. Żal mi premiera.

16:56, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (38) »
niedziela, 03 grudnia 2006
I znów słowo o naszym kochanym "Dzienniku"...

Z góry przepraszam szacownych odwiedzających ten blog, że znów ten wpis będzie poświęcony sporom dziennikarskim. Rzecz w sumie nieistotna, ale zostałam wywołana do tablicy. Dlatego nie mogę się powstrzymać przed napisaniem kilku słów.

W sobotnio-niedzielnym „Dzienniku” Michał Karnowski w felietonie pt. „Dziennik, kompleks Wyborczej” przywołuje sprawę organizacji wieczoru wyborczego przez TVP. Wieczór ów współorganizowany przez „Dziennik”, był po I turze wyborów dość rozbudowaną reklamą tej gazety. Sposób jej promowania  wykraczał poza przyjęty schemat współpracy telewizji i gazety, czyli dwóch instytucji, współfinansujących bardzo kosztowne sondaże prognozujące wynik wyborów. Powszechnie wiadomo, że głównym atutem takiej współpracy jest szybki, nieograniczony dostęp do tych danych. A dodatkowym przywilejem jest to, że przedstawiciel gazety jest współprowadzącym wieczór wyborczy. W TVP było inaczej. I trudno mieć pretensje do Axel Springera, że – gdy była taka możliwość – promował na antenie swój tytuł do bólu. To naturalne, e rada nadzorcza TVP zainteresowała się szczegółami umowy między Axelem a telewizją. Pierwsza ten temat poruszyła „Rzeczpospolita”, dopiero potem „Wyborcza”.

Drugi wieczór wyborczy po II turze wyborów wyglądał już nieco inaczej i był zbliżony do standardów panujących w takich przypadkach. Wydawało się, że jego organizatorzy wyciągnęli wnioski z poprzednich wydarzeń. Ja zostałam na ten drugi wieczór zaproszona, o  czym Michał w swoim felietonie wspomina. Gdy wchodziłam do Pałacyku Sobańskich, gdzie rzecz cała miała miejsce, powitały mnie przyjazne żarciki prezesa Wildsteina oraz redaktora naczelnego „Dziennika” Roberta Krasowskiego, abym uważała, bo jutro będę oskarżona o krypto reklamę GW w telewizji publicznej. Równie przyjaźnie odrzekłam, żeby już nie udawali głupich w tej sprawie. Bo wszyscy wiedzą, że w pierwszym podejściu trochę się zagalopowali.
A teraz  w kolejnym felietonie Karnowski próbuje wszelkie wątpliwości w tej sprawie tłumaczyć tym, że „Wyborcza” pozazdrościła „Dziennikowi” fantastycznego programu. I coś jest na rzeczy, bo jak tu nie zazdrościć darmowej promocji w porze największej oglądalności. Gdyby to telewizja komercyjna dawała takie fory komukolwiek, to jej prywatna sprawa (niestety TVN 24 był dla GW mniej łaskawy w związku z współpracą przy wieczorze wyborczym). Ale tu chodzi telewizję publiczną, będącą własnością skarbu państwa. Jeżeli ktoś nie dostrzega tej istotnej różnicy, to cóż robić…
Także apeluję do publicystów „Dziennika”: odnieśliście negocjacyjny, biznesowy sukces dzięki wspólnocie duchowej z prezesem Wildsteinem, to już teraz przynajmniej dajcie spokój.

18:41, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (36) »
czwartek, 23 listopada 2006
Marcinkiewicz czy Gronkiewicz-Waltz: na kogo postawić?

Hanna Gronkiewicz-Waltz czy Kazimierz Marcinkiewicz? Dla tych, którzy niekoniecznie będą kierować się preferencjami partyjnymi, wybór nie jest łatwy. Oto przewodnik po programach, życiorysach i dokonaniach obydwu kandydatów.
Jeśli chodzi o programy oboje niewiele się różnią. Propozycje w wielu punktach się pokrywają. W sprawie budownictwa Hanna Gronkiewicz-Waltz na pierwszym miejscu wybiła przyspieszenie uchwalania miejscowych planów zagospodarowania. W programie Marcinkiewicza tego nie zauważyłam - zabrakło tego punktu w  tabelce, którą w środę opublikowała „Rzeczpospolita”. Plany zagospodarowania przestrzennego, a właściwie ich brak, to zmora dla inwestorów prywatnych i firmowych. Z powodu braku tych planów (a po części odpowiada za to ekipa prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego), urzędnicy uznaniowo dają lub odmawiają rozmaitych pozwoleń związanych z budownictwem. Źródło korupcji jak się patrzy. 
Światopogląd oboje mają podobny: przywiązanie do nauki Kościoła, do tradycyjnych wartości chrześcijańskich.
Dokonania: Gronkiewicz-Waltz na przede wszystkim na swoim koncie prezesurę NBP. Gdy obejmowała funkcję prezesa NBP z poręczenia Lecha Wałęsy, a konkretnie prezydenckiego prawnika śp. Lecha Falandysza, ekonomiści spoglądali na tę nominację dość niepewnie. Ot, młoda prawniczka, nie mająca doświadczenia bankowego.
Gronkiewicz-Waltz miała jednak tę zaletę, że słuchała tych, którzy się na sektorze bankowym znali lepiej niż ona. I utrzymała się na swoim stanowisku dobre kilka lat. Za jej czasów w Polsce powstał stabilny, zdrowy system bankowy. Przeprowadziła też denominację złotego. Co prawda jej krytycy narzekają, że usługi bankowe nadal są za drogie i winę za to ponoszą, ci, którzy sektor bankowy nadzorowali w latach 90. Jednak w tej krytyce próżno szukać konkretnych recept, co należało zrobić, aby ten stan rzeczy wyglądał inaczej. 
Gronkiewicz-Waltz po opuszczeniu NBP została wiceprezesem EBOR w Londynie, ale ta funkcja nie była zbyt znacząca w strukturze banku.
Natomiast jej wybory polityczne to pasmo klęsk: nieudane starty w wyborach parlamentarnych z list stworzonej przez siebie kanapowej partyjki  albo fatalny występ w wyborach prezydenckich (1995 r.). Początkowo w tej ostatniej kampanii miała całkiem spore poparcie, ale łatwo je roztrwoniła, aby zakończyć epizod prezydencki z żenująco niskim rezultatem (dla przypomnienia dodajmy, że jednym z jej głównych pomagierów był obecny eurodeputowany PiS Michał Kamiński). Na pewno do tej klęski przyczyniło się Radio Maryja, które brutalnie ją atakowało mimo jej przywiązania do Kościoła. (niezbadane są drogi ks. Rydzyka)
Dopiero członkostwo w Platformie Obywatelskiej odwróciło ten zły, polityczny trend.
Hanna Gronkiewicz-Waltz nie jest zbyt dobrym mówcą, nie zawsze wypada najlepiej w debatach publicznych: trochę za słodka, trochę nierozgarnięta, zaliczała różne wpadki, myląc fakty historyczne. Jej atutem jest to, że dobiera sobie dobrych doradców i że z warszawskiej Platformie nie ma już ludzi Pawła Piskorskiego.

Kazimierz Marcinkiewicz. Równie przesłodzony jak jego konkurentka. Karierę polityczną rozpoczynał jako działacz ZChN, i wiceminister edukacji w rządzie Hanny Suchockiej. Zaliczył też funkcję szefa gabinetu politycznego premiera Jerzego Buzka, ale nikt specjalnie nie pamięta go z tamtych czasów. Wiadomo tylko, że walczył o wpływy w rządzie z doradczynią premiera Teresą Kamińską. Bezskutecznie, dlatego złożył dymisję. W poprzedniej kadencji Sejmu był bardzo dobrym szefem sejmowej komisji skarbu. Starał się łagodzić konflikty, zachowywał rozsądek i szybko uczył się gospodarki. Stać go było na obronę ministra skarbu Jacka Sochy (rząd Marka Belki), gdy uważał, że minister na to zasługuje.
Marcinkiewicz był jednym ze współautorów programu gospodarczego PiS, pełnego  nierealnych obietnic i dziś już jest pewne, że wiele z nich było tylko pustymi hasłami np. program „Tanie państwo”. (gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że i program PO był nierealny np. podatek liniowy)
Jego nominacja na premiera była zaskoczeniem. Deklaracja, że doświadczenie zdobyte w pracy premierowskiej przyda mu się w Warszawie, nie wydaje się zbyt przekonywujące. Ewidentnym sukcesem były negocjacje z UE w sprawie funduszy unijnych dla Polski. Ale potem bracia Kaczyńscy systematycznie pozbawiali go wpływu na kolejne dziedziny życia, czyniąc z niego jedynie produkt dobrej PR-owskiej strategii. Nie pozwalali mu nawet mianować ministrów wedle własnego uznania. Czy w takim samym stopniu będą kontrolować jego poczynania w Warszawie, blokować inwestycje ze strachu przed jakąś korupcyjną wpadką? Niewykluczone, choć teraz Marcinkiewicz jako prezydent Warszawy wybrany przez mieszkańców, nieodwoływalny tak jak premier, może się wybić na niepodległość.

Tak więc wybieraj Warszawiaku. Na pocieszenie dodam, że i dla mnie obie kandydatury do pewnego stopnia są tajemnicą.  Bo tu potrzeba po prostu porządnego zarządcy, dobrego organizatora. Trudno zgadnąć, kto z nich lepiej poradzi sobie z wyzwaniami czekającymi Warszawę.

11:57, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (26) »
wtorek, 14 listopada 2006
Upartyjnić samorząd!!!

Upartyjnienie wyborów samorządowych wcale nie jest jakimś nieszczęściem. Wręcz przeciwnie. Weźmy taki oto przykład: wiele wskazuje na to, że niektórzy radni w latach 90. tylko po to szukali miejsca w samorządach, by pozałatwiać sobie ładne działki pod Warszawą i przejąć je na zasadzie zasiedzenia. Niestety zrobili to zgodnie z wówczas obowiązującym prawem. Zainteresowanie opinii publicznej nie było zbyt duże, bo kogo obchodzi  komitet Inicjatywa Jakaśtam. Ludzie odpowiedzialni za ten stan rzeczy, a być może także ci, którzy czerpali korzyści z tego procederu ponownie wygrali wybory samorządowe i zawsze  z list bezpartyjnych komitetów.

Jeśli natomiast PiS-owscy i platformiani radni załatwiają sobie – dajmy na to - mieszkania komunalne, to gazety natychmiast to wychwytują i robi się wokół tych spraw większy szum. Bo z ich grzeszków wszyscy biegniemy rozliczać Kaczyńskich albo Rokitę. Liderzy, dbający o wizerunek partii, załatwiaczy wyrzucają. A nazwiska owych załatwiaczy lepiej zapadają w pamięć i ich szanse na reelekcje maleją, nawet jeśli próbują się zaszyć w bezpartyjnych komitetach.

To, że w kilku przypadkach wybory na prezydenta wygrały osoby, które nie chciały jednoznacznie przyznawać się do tej czy innej partii, też nie ma większego znaczenia. Rację ma Janina Paradowska, która w TVN 24 zauważyła, że kandydaci ci wywodzą się z bardzo określonych środowisk politycznych. Poza tym bezpartyjność nie jest na tym szczeblu rzeczą szkodliwą, ponieważ kandydaci na prezydentów są o wiele dokładniej prześwietlani niż kandydaci na radnych.
Niech nam żyją partie w samorządach.

11:35, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 13 listopada 2006
Samorząd zagmatwany

W 2002 roku SLD wygrało wybory samorządowe na wszystkich szczeblach gminy, powiatu i sejmiku wojewódzkiego.  Wtedy wszyscy byli przekonani, że tak już jest: partia rządząca zwycięża(Sojusz wygrał w 2001 roku wybory parlamentarne).

Dziś wyniki głosowania nie są już tak jednoznaczne. Platforma wygrała w sejmikach wojewódzkich, PiS – w powiatach i gminach. Wybory samorządowe nigdy nie były pełnym odzwierciedleniem poparcia dla partii politycznych, bo dużą rolę odgrywają komitety lokalne, niezwiązane z żadnym dużym ugrupowaniem politycznym. Jednak można było wyciągać wnioski co do pewnych tendencji. A tu proszę: wyborcy mocno skomplikowali sytuację.
Rzecz wymaga pewnie szczegółowych badań socjologicznych. Ja pokusiłabym się o takie oto wyjaśnienie następującego fenomenu. W skali kraju PiS stracił poparcie w porównaniu z ostatnimi wyborami parlamentarnymi: ciągłe awantury, kryzysy, taśmy Begerowej. Cześć strat odrobił dzięki przejęciu wyborców LPR i Samoobrony. Ale mimo to w rankingu spadł na drugie miejsce za Platformą

Sejmiki wojewódzkie są szczeblem samorządowym najbardziej abstrakcyjnym i najdalszym dla wyborców. Dlatego tu kierują się przede wszystkim zaufaniem do liderów partyjnych. Wedle zasady: lubię PO, to głosuję na ludzi PO, choć ich nie znam.

Im niższy szczebel samorządu, tym większe rozeznanie wśród kandydatów. Platformiani wyborcy dokonywali tu już różnych wyborów, bo woleli wybierać osoby sobie dobrze znane z komitetów bezpartyjnych, zamiast kandydatów PO. Tymczasem najwierniejsi wyborcy PiS-u, którym wpadki ekipy rządzącej nie przeszkadzają,  starali się tak nie rozdrabniać. Lider PiS Jarosław Kaczyński tworzył atmosferę oblężonej twierdzy, wielkiego zagrożenia powrotem III RP. A takie zagrożenie wymaga dyscypliny, i nie można się rozdrabniać na jakieś tam małe komitety. Układ, szara sieć wymaga zwartego frontu. Dlatego w powiatach i gminach PiS wygrywa.

Duże miasta nie pasują do żadnych schematów partyjnych. Co prawda politycy będą wykorzystywać niektóre przypadki do swojej propagandy sukcesu, ale  w największych  miastach dużą rolę ogrywają kandydaci, którzy uciekają od skojarzeń partyjnych. Liczy się osobowość potencjalnych prezydentów, a ich przynależność partyjna nie jest chyba najważniejszym atutem. Nawet Kazimierz Marcinkiewicz, który jest sztandarowym kandydatem PiS i tak od tej partii odstaje, bo unika syndromu oblężonej twierdzy i jest kompletnym przeciwieństwem braci Kaczyńskich.

Trzeba poczekać jeszcze na ostateczne wyniki wyborów, ale chyba już dziś można się pokusić o pewien ogólny wniosek, że głosowanie na samorządowców staje się coraz mniej partyjne.  Ale wcale nie jestem pewna czy odpartyjnienie wyborów samorządowych jest  pozytywnym zjawiskiem. Wszystko zależy od jakości kandydatów, a nie od tego czy są partyjni czy nie.

11:09, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (13) »
1 ... 6 , 7 , 8 , 9 , 10