O polityce, o gospodarce i o stu innych sprawach - Dominika Wielowieyska
Kategorie: Wszystkie | Gospodarka | Polityka
RSS
poniedziałek, 03 grudnia 2007
W trosce o los "Rzeczpospolitej"

Czy Platforma Obywatelska będzie chciała wpływać na kształt kierownictwa „Rzeczpospolitej”? Takie obawy mogą się pojawić przy prywatyzacji dziennika i w związku z doniesieniami o kolejnej rewolucji kadrowej w dziedzinach kontrolowanych przez rząd.

Nowy minister skarbu Aleksander Grad zapowiedział sprzedaż udziałów państwa w spółce PW Rzeczpospolita, współwydającej dziennik „Rzeczpospolita”. Państwo kontroluję „Rzeczpospolitą” w 49 proc., Pakiet kontrolny – 51 proc.- na prywatny fundusz brytyjski Mecom. Oby Grad dotrzymał słowa, bo początkowo nie chciał złożyć tak jasnej deklaracji. Dopiero mocno nagabywany przez dziennikarzy ogłosił plany sprzedaży. Póki co minister doprowadził do odwołania szefa rady nadzorczej PW Rzeczpospolita oraz członka rady reprezentującego skarb państwa. Wyjaśnił, że osoby te mają związek z dziwnym i nieskutecznym przyspieszeniem prywatyzacji, jakie nastąpiło u schyłku rządów PiS. Czy tylko o to chodziło?

Dziś w „Rzeczpospolitej” dominują publicyści konserwatywni, którym bliskie są idee głoszone przez PiS. Przez ostatnie dwa lata gazeta ta była dość wyrozumiała nie tylko dla PiS, ale także dla Samoobrony oraz LPR, choć oczywiście pojawiały się teksty krytyczne wobec rządu, głównie autorów zewnętrznych. W wielu felietonach dominowało jednak oburzenie na tych, którzy PiS krytykują. Czy taka linia tego dziennika miała związek z tym, że współwłaścicielem jej jest państwo? Wszystko wskazuje na to, że tak, mimo, iż skarb państwa ma tylko 49 proc. udziałów w spółce wydającej gazetę. Tomasz Wróblewski ujawnił publicznie, jak prowadzono negocjacje w sprawie obsady kierownictwa redakcji. Wynikało z tej relacji, że redaktor naczelny „Rzeczpospolitej” Paweł Lisicki zawdzięcza swoją posadę po części temu, iż prywatny inwestor chciał mieć dobre relacje z rządzącymi, dlatego wybrał ekipę, której bliska była wizja IV RP. Dziś władzę przejęła Platforma Obywatelska. U polityków PO może narodzić się pokusa odwetu na redaktorach sprzyjających PiS-owi. Już w raporcie na temat mediów publicznych przygotowanym przez Platformersów w zeszłym roku pojawiały się w negatywnym kontekście nazwiska dziennikarzy „Rzepy” Boję się scenariusza, w którym skarb państwa, sprzedając swoje udziały, podyktuje warunki nie tylko finansowe, ale także spróbuje wymusić zmianę kierownictwa redakcji na ludzi niechętnych PiS-owi. Byłoby to klasyczne zagranie w stylu PiS. Oby do tego nie doszło.

Rząd powinien sprywatyzować spółkę jak najkorzystniej dla skarbu państwa i pozostawić prywatnemu właścicielowi decyzje personalne. Piszę to mając w pamięci najróżniejsze obelgi, które redaktorzy „Rzeczpospolitej” miotali pod adresem „Gazety Wyborczej”. Wiem jednak, że naturalne jest, iż na rynku jest dziennik o tak silnym konserwatywnym, a czasami wręcz integrystycznym zabarwieniu. Problemem było pytanie o instytucjonalne uzależnienie od PiS, ale dziś, gdy partia ta straciła władzę, pytanie jest nieaktualne. Mamy zdrowszy układ: dziennikarze nie będą oszczędzać rządu PO i PSL. W tej sprawie nie chodzi jednak o obronę Lisickiego, chodzi przede wszystkim o to, aby rządzący nie usiłowali sterować mediami. Niech nowy styl będzie widoczny w sprawie „Rzeczpospolitej”.

17:20, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (29) »
środa, 14 listopada 2007
Kaczyński i Tusk nie lubią konserwatystów

Konserwatyści zostali zepchnięci do narożnika zarówno w Platformie Obywatelskiej, jak i w Prawie i Sprawiedliwości. Ale to Jarosław Kaczyński, a nie Tusk, powinien obawiać się ich buntu.

Zarówno w Platformie Obywatelskiej, jak i Prawie i Sprawiedliwości dominuje styl wodzowski, a to nie podoba się niektórym członkom tych ugrupowań. W PO mamy dwór Tuska – grono zaufanych współpracowników, którzy ponad statutowymi ciałami partyjnymi decydują o kluczowym sprawach. Jarosław Kaczyński także przyznał się do tego, że omijał gremia decyzyjne i jednoosobowo kierował swoim ugrupowaniem. Tusk wypchnął z PO Płażyńskiego, Olechowskiego, Rokitę, a grupa konserwatywnych polityków spod znaku Bogdana Zdrojewskiego czy Jarosława Gowina czuje się zdominowana przez ludzi dawnego Kongresu Liberalno-Demokratycznego. O wiele gorzej od Gowina czy Zdrojewskiego poczuli się w swojej partii Kazimierz Michał Ujazdowski i Paweł Zalewski. A nawet , zwany niegdyś trzecim bliźniakiem, Ludwik Dorn. Cała trójka na znak protestu zrezygnowała z funkcji wiceprzewodniczących partii, bo bezskutecznie domagała się kolegialnego podejmowania decyzji. Wydawałoby się z pozoru, że w obu partiach mamy podobną sytuacją, z tą tylko różnicą, że PO wygrała wybory. Ale tylko z pozoru.

Partia polityczna z założenia nie jest organizacją rządzącą się w pełni demokratycznymi regułami. Pozycja lidera musi być silna, w innym przypadku trudno liczyć na sukces w wyborach. Dlatego Jarosław Kaczyński ma rację, że zbyt częste międlenie tego czy innego problemu na licznych naradach i konwentyklach prowadzi do paraliżu i niemocy każdego ugrupowania. Szef partii musi mieć możliwość szybkiego reagowania na nowe wydarzenia, szczególnie w trakcie kampanii wyborczej.

Wszystko prawda. Jest jednak fundamentalna różnica pomiędzy PO i PiS, która sprawia, że Kaczyński powinien poważnie przejąć się postawą swoich trzech partyjnych kolegów. Ujazdowskiemu i Zalewskiemu nie chodzi bowiem o same wpływy dla wpływów, nie chodzi im nawet o przegrane wybory, tylko o to, że wielokrotnie czuli się zażenowani postępkami czy decyzjami swojego lidera. Wielokrotnie musieli połykać własny język w czasie, gdy Jarosław Kaczyński zdecydował o bezpardonowym przejęciu TVP, wyrzucając Bronisława Wildsteina (Ujazdowski wtedy cicho protestował), gdy Anna Fotyga zaliczała kolejne wpadki (Zalewski zadawał niewygodne pytania za co został zawieszony w prawach członka PiS).A Zbigniew Ziobro nie czekając na wyroki sądu orzekał, kto jest mordercą, a kto nie. Siedzieli cicho, gdy szef CBA Mariusz Kamiński urządzał z pomocą TVP pokazówkę w z Beatą Sawicką w roli głównej, co miało dowieść, że cała Platforma jest skorumpowana do szpiku kości. Wielu innych członków PiS-, którzy do tej pory nie polemizowali ze swoim liderem, czuło się tak samo. Być może zaskoczeniem było to, że do Ujazdowskiego i Zalewskiego dołączył Dorn, ale on też miał dosyć niektórych decyzji Kaczyńskiego. Tyle tylko, że Dorn milczał, a nawet bronił Kaczyńskich. Wychodził z założenia w kampanii nie ma czasu na toczenie wewnątrzpartyjnych dyskusji. Ale po wyborach – owszem. Nie zapominajmy, że wcześniej przegrał w starciu ze Zbigniewem Ziobro i stracił posadę szefa MSWiA. Także dlatego, że nie podobało mu się to, co robi Ziobro. I nie akceptował niektórych decyzji personalnych premiera. Jego udział w buncie to prawdziwa porażka Kaczyńskiego, bo jeśli tak lojalny współpracownik zdecydował się na ów desperacji krok, to oznacza, że partii niezadowolenie będzie rosnąć. Liderzy PiS-u- szczególnie Jarosław Kaczyński - nie chcą lub nie dostrzegają tej istotnej różnicy między swoją partią a Platformą. Pytani o rezygnację trójki wiceprezesów powtarzają w kółko, że w PO też panuje dwór Tuska.

Owszem Tusk nie boi się niezadowolenia w swojej partii, bo na razie świętuje zwycięstwo. Ale rzecz w tym, że Tusk nie musi się obawiać buntu także z innych powodów: politycy, którzy czują się lekceważeni, raczej nie odczuwali zażenowania z powodu decyzji swojego lidera. Może niektóre pomysły Tuskowego dworu mogły nie przypaść im do gustu, ale nie da się tego porównać z traktowaniem mediów publicznych czy sojuszem z ks. Rydzykiem. Konflikty mają w PO przede wszystkim charakter personalny, a nie ideowy. Przyczyną rozpadu Platformy mogła być decyzja czy wchodzić w koalicję z PiS czy z LiD. Ale ten dylemat już zniknął, nie ma więc żadnego istotnego sporu światopoglądowego. Dlatego groźba buntu w PiS-ie jest o wiele większa niż w PO. Może nie nastąpi on dziś, może nie będzie rozłamu, ale ferment pozostanie. Bez próby rachunku sumienia i dogadania się z buntownikami PiS może słabnąć z miesiąca na miesiąc.

16:01, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (7) »
piątek, 09 listopada 2007
Giedroyć i Bartoszewski

Prof. Władysław Bartoszewski wycofał się z rady przyznającej nagrodę im Jerzego Giedroycia. Nagrodę przyznaje redakcja „Rzeczpospolitej”. Prof. Bartoszewski powiedział w „Gazecie”, że nie może w tej sprawie współpracować z redakcją „Rzeczpospolitej”, ponieważ jego poglądy rażąco się różnią od poglądów dominujących na łamach tej „Gazety”. Podkreślił nawet, że nie chodzi mu o wartościowanie, które poglądy są lepsze , tylko fakt istnieniach różnicy w poglądach.
Redaktor naczelny „Rzeczpospolitej” Paweł Lisicki przyjął tę wiadomość źle. Napisał, że Bartoszewski jest „instrumentem Gazety Wyborczej”. Przypomniał, że Bartoszewski użył mocnych słów wobec współpracowników Anny Fotygi  („dyplomatołki”, „dewianci”) i „Rzepa” piórem Lisickiego za to go skrytykowała. Dlatego szef „Rzepy” uważa, że decyzja Bartoszewskiego to rodzaj zemsty.
Jego komentarz był pełen goryczy, a wynikało z niego, że Lisicki chętnie przyłożyłby profesorowi mocniej, ale ze względu na życiorys Bartoszewski powstrzyma się od tego.
Cóż rzec redaktorowi Lisickiemu? Bartoszewski nie jest niczyim instrumentem, słusznie zauważył, że poglądy Giedroycia mają się nijak do poglądów dzisiejszych szefów „Rzepy”  Bo to prawda!!!! Można było doradzić Lisickiemu jedynie powściągliwość. Trzeba było ogłosić, że decyzję redakcja przyjmuje z żalem i tyle, a nie atakować Bartoszewskiego. 

Moim zdaniem fakt, iż „Rzepie” nie podobały się dyplomatołki nie ma tu nic do rzeczy. Ale skoro jesteśmy już przy dyplomatołkach, to warto zastanowić się nad krytyką Lisickiego w tej sprawie. Bo o ile nawiązanie do Koziołka Matołka bardziej mnie śmieszy niż denerwuje, to już używanie słowa „dewianci” też budzi mój sprzeciw. Ale….
Dawno, dawno temu wybrałyśmy się z Ewą Milewicz w odwiedziny do pewnej bardzo znamienitej postaci, której życiorys zwyczajnie powala na kolana. W trakcie miłej pogawędki w tonie żartobliwym powiedziałam coś, co nie spodobało się mojemu gospodarzowi. Odpowiedział mi w taki sposób, że wbiło mnie w krzesło. Nie była ta odpowiedź elegancka. Spojrzałam na Ewę, która zawsze jest bardzo wyczulona na wszelkiego rodzaju grubiaństwa. I zawsze stawała w mojej obronie. Tym razem miała minę, jakby nic się nie stało. Gdy wyszłyśmy, zapytałam ją oto. Popatrzyła na mnie i powiedziała: „Jest taka niewielka grupa osób, którym wolno więcej, właśnie ze względu na życiorys, ze względu na to co w życiu przeżyli i co zrobili. I on do nich należy, jest nawet na pierwszym miejscu.”
Dzisiaj przypomniała mi się ta historia. Oto Władysław Bartoszewski był poniewierany przez ekipę Jarosława Kaczyńskiego w sposób skandaliczny. Przypomnijmy wypowiedzi Lecha Kaczyńskiego, przypomnijmy deklarację Macierewicza, że większość szefów MSZ była agentami sowieckimi. Annie Fotydze nie przyszło do głowy , by to skomentować, nie przyszło do głowy, by Bartoszewskiego przeprosić.  Nie wspomnę o premierze czy samym Macierewiczu. Jak nigdy dotąd mieszano z błotem autorów polityki zagranicznej sprzed 2005 roku. A przy tym nasza dyplomacja osiągała wyżyny niekompetencji. I krewki profesor powiedział to co powiedział. W tych okolicznościach trzeba było raczej zastanowić się dlaczego, prof. Bartoszewski, który zazwyczaj jest przyjazny wobec wszystkich i koncyliacyjny, dlaczego dziś został wyprowadzony z równowagi. Ale na to redaktorowi Lisickiemu zabrakło czasu.

18:11, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 29 października 2007
Rzepa kreuje Dzięcioła

Brawo! Udało się! Do tej pory ci fatalni politycy PO dzielili włos na czworo, kręcili, gorzej – mówili, że żadnych czystek w urzędach nie będzie. Brakowało porządnej deklaracji tak, aby można było tryumfalnie obwieścić, że nie są gorsi od PiS w zawłaszczaniu państwa. Co robić, co robić… I w końcu znalazł się jeden chętny, by złożyć odpowiednią deklarację. „Rzeczpospolita” opublikowała wywiad z Januszem Dzięciołem, bohaterem programu „Big Brother”, który dostał się do Sejmu z list Platformy. Na początku Dzięcioł mówi, że nie ma co koncentrować się na rozliczaniu PiS, bo są ważniejsze sprawy. Niestety żądzą zemsty nie dyszy. Ale w końcu dziennikarka zadaje pytanie „Czyli wszystkich z PiS trzeba pogonić?” „Tak. Zdecydowanie pogonić” – pada odpowiedź. Ważną tę deklarację Rzepa opublikowała na drugiej stronie.

11:19, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (10) »
środa, 24 października 2007
Pawlak do rządu marsz

Waldemar Pawlak powiedział, że nie musi być w rządzie. Wiele wskazuje na to, że chciałby być marszałkiem Sejmu. To układ bardzo niezdrowy.

Najlepiej byłoby, aby obydwaj liderzy partii koalicyjnych znaleźli się w rządzie. Dzięki temu obydwaj biorą odpowiedzialność za jego działanie. Jeżeli szef PSL zostałby marszałkiem Sejmu, to może to oznaczać, że już wkrótce będziemy mieli do czynienia z ośrodkiem recenzującym rząd, którego liderem będzie właśnie Pawlak. Mógłby on szachować Tuska decyzjami, jakie ustawy wchodzą pod obrady, a jakie nie.

Jeżeli już PO miałaby oddać marszałka ludowcom, to powinien nim zostać ktoś spoza grona ścisłego kierownictwa PSL. Dzięki temu marszałek nie odważy się działać wbrew własnemu rządowi i wbrew własnemu liderowi. Natomiast układ proponowany przez Pawlaka może prowadzić do utworzenia dwóch ośrodków decyzyjnych, a w konsekwencji do chaosu.
Tymczasem Polsce jest potrzebny sprawny rząd i sprawna koalicja mówiąca jednym głosem, a nie ciągłe przeciąganie liny.

10:23, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (8) »
wtorek, 23 października 2007
Do Piotra Semki

Piotr Semka we wtorkowej „Rzeczpospolitej” zacytował fragment z tekstu opublikowanego na tym blogu.

„Czy Platforma ma jeszcze szansę? – pytała w dramatycznym tonie publicystka „Gazety Wyborczej” Dominika Wielowieyska w swoim blogu, wieszcząc wzrost notowań PiS w sondażach i staczanie się PO.” – napisał Semka

Bardzo mi miło, że przypomniał czytelnikom o moim blogu. Zastanawiam się jednak dlaczego Piotr twierdzi, że używam dramatycznego tonu. Zachęcam wszystkich, by zajrzeć do tego tekstu. Dramatyzmu nie ma tam za grosz. Jest to raczej analiza dokonań kampanijnych trzech komitetów wyborczych. Nie wieszczyłam wzrostu notowań PiS, napisałam, że te dobre notowania można zobaczyć w ówczesnych badaniach. W wielu rozmowach prywatnych mówiłam, że niezależnie od wyniku wyborów Polska da sobie radę. Sądziłam, że PiS wygra nieznacznie, ale jednak wygra. Ale nie uważałam tego za sygnał upadku kraju. Owszem byłam i jestem krytyczna wobec tego co robi PiS, ale jeżeli robił rzeczy słuszne - mówiłam o tym. Jeśli chodzi o politykę – nie dramatyzuję, i to już od jakiś piętnastu lat.

17:46, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 22 października 2007
Nowe Otwarcie

Podobnie jak wielu innych dziennikarzy, nie mogłam uwierzyć w wyniki sondażowe, które docierały do nas nieoficjalnie ok. 16. Przewaga Platformy wydawała się niewiarygodna. Sądziłam, że dystans między PO a PiS się zmniejszy. I tak też się stało, choć nadal różnica jest ogromna.

PiS dostał od losu wielki prezent, rozpoczął rządy w chwili, gdy do Polski płynęły rwącym strumieniem pieniądze z Unii Europejskiej, a w gospodarce zakrólowała koniunktura. Wzrost gospodarczy pozwolił tej partii na niebywale wręcz rozdawnictwo pieniędzy. Ludzie czuli przypływ optymizmu. Mieli też przeświadczenie, że bracia Kaczyńscy to politycy uczciwi, dla których majątek osobisty nie ma znaczenia. Zapisali się w świadomości Polaków, jako ci, którzy chcą walczyć z korupcją. Mimo tych wielkich atutów PiS przegrał z powodu pazerności w zawłaszczaniu instytucji państwowych, agresji w życiu publicznym, wykorzystywaniu służb specjalnych do niszczenia przeciwników politycznych. Przegrał na własne życzenie z powodu rażących błędów w strategii kampanijnej i przekonania, że Polaków nie obchodzi jakość demokracji, że nie obchodzą ich fundamenty cywilizacyjnego państwa takie jak poszanowanie sądów i zasady domniemania niewinności. Próbkę stylu Jarosława Kaczyńskiego zobaczyliśmy ponownie zaraz po ogłoszeniu wyników. Premier w jednym rzędzie postawił zabójcę ks. Popiełuszki z „Gazetą Wyborczą”, Platformą Obywatelską oraz innymi mediami. Jest to podłość. To wykorzystanie pamięci o męczenniku do ataków politycznych. Dalsza część przemówienia premiera była już godna poważnego polityka, który przyjął porażkę spokojnie, nie kwestionuje wyników wyborów i gratuluje zwycięzcy.

Wystąpienie Tuska było takie przewidywalne. Ważne było podziękowanie dla Władysława Bartoszewskiego, bo na pewno miał on wpływ na wynik wyborów. Ważnym akcentem było odśpiewanie hymnu narodowego. Dla wyborców Platformy był to moment uniesienia, a jednocześnie był to sygnał, że PiS nie ma monopolu na patriotyzm w wymiarze symbolicznym.

Jakie jeszcze wnioski wypływają ze zwycięstwa PO? Po raz kolejny sprawdziła się zasada, że kto bez żadnych skrupułów przejmuje telewizję publiczną i czyni z niej tubę propagandową rządu niszcząc niezależność dziennikarską, przegrywa wybory. Sprawdziło się to w przypadku PSL, SLD, i dziś ponownie w przypadku PiS.

Nie można jednak lekceważyć faktu, że Jarosław Kaczyński nadal ma spore poparcie ponad 30 proc. wyborców. Nie można lekceważyć przekonań tych Polaków, którzy mają poczucie, że państwo było przed 2005 rokiem rządzone przez układ elit polityczno-gospodarczych, nastawionych jedynie na swój zysk. Wielkim zadaniem nowej koalicji rządzącej będzie przekonanie tych Polaków, że tak nie jest, że mamy budować Polskę obywatelską, w której każdy z nas ma szansę na karierę, na lepsze życie, na znaczący udział w życiu publicznym w społecznościach lokalnych. Nie można też odbierać zasług temu rządowi takich jak większe otwarcie zawodów prawniczych, obniżenie składek ZUS-owskich, uchwalenie reformy, obniżającej podatki, przywiązywania wielkiej wagi do wykorzystania środków unijnych. Choć lista szkód jest o wiele dłuższa.

Nie da się też lukrować teraźniejszości: koalicja PO-PSL – jeśli powstanie – nie będzie łatwa. W sferze gospodarczej te partie nadal prezentują zupełnie odmienne filozofie. PSL może blokować reformę KRUS-u, obniżanie podatków, reformę służby zdrowia. Waldemar Pawlak pozostaje nadal pewną zagadką. Nie można też zapominać, że Platforma rozbudziła wielkie nadzieje obietnicami na wyrost: podniesienie płac w sferze budżetowej i jednoczesne wprowadzenie podatku liniowego na poziomie 15 proc. to projekt niezwykle ryzykowny, który może zachwiać równowagą budżetową. Tym bardziej, że pod swojej kadencji mijający Sejm uchwalił masę ustaw, zwiększających wydatki państwa. I pozostaje otwarte pytanie, czy rząd PO-PSL będzie w stanie zastosować w praktyce starą zasadę, że wszystkie bolesne reformy trzeba przeprowadzić w pierwszym roku po wyborach.

09:40, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (7) »
piątek, 19 października 2007
Zgadzam się z premierem

Zgadzam się z premierem…. choć nie do końca. Jarosław Kaczyński oświadczył w piątek, że sondaże są sfałszowane. One nie tyle są sfałszowane, ile z założenia nie mogą precyzyjnie przewidzieć wyniku wyborów. Wiadomo, że sondaże telefoniczne są mało precyzyjne, że wiele osób wciąż nie może się zdecydować, na kogo zagłosować, albo też nie chce tego zdradzić ankieterom. Dlatego wynik starcia PO-PiS nadal jest nieznany. Być może dla PO byłoby lepiej, że była druga w sondażach, bo to mogłoby zmobilizować elektorat niechętny PiS-owi. Wielu socjologów twierdzi, że PiS jest w sondażach niedoszacowany.

Wyraźny skok PO nastąpił po rozdzierającej konferencji posłanki Sawickiej. Podświadomą reakcją na jej szloch jest współczucie. I choćby rozum przypominał nam, że ona zwyczajnie wzięła łapówkę, że niektóre fragmenty jej występu mogły budzić zażenowanie, to jednak w sercu zostaje obraz kobiety, która przed wyrokiem sądu została zlinczowana przez CBA na potrzeby kampanii wyborczej. Tym samym PiS rozpętał akcję, która być może przyniosła mu straty zamiast zysków. Propagandowi macherzy zapomnieli, że te same grepsy użyte w różnym czasie  i różnych okolicznościach mogą przynieść zgoła odmienne rezultaty. O ile występ prokuratorów w sprawie b. szefa MSWiA Janusza Kaczmarka był strzałem w dziesiątkę, o tyle spektakl z Mariuszem Kamińskim w roli głównej nie dał się w żaden sposób usprawiedliwić, bo Sawicka została już wcześniej wyrzucona z PO i skreślona z jej list. Nikt nie podważał wagi zarzutów pod jej adresem. Nic nie uchroni ją przed karą. Wyborcy niezdecydowani – jak widać – nie lubią, jak ktoś kopie leżącego.

Gdyby badania oraz wynik wyborów potwierdził tę hipotezę, to może zniechęciłoby to partyjnych marketingowców do masowego  zadawania ciosów poniżej pasa?

Reklamówka PO mówiąca o ludziach ginących na drogach z powodu braku autostrad i sugestie, że odpowiedzialny jest za to Kaczyński była fatalna i prawie prawie dorównywała reklamówce PiS o tym, że PO będzie zabijać pacjentów, prywatyzując służbę zdrowia. Jednak konferencja Kamińskiego nie dała się z niczym porównać, bo tu już chodziło o żywego człowieka. I wyborcy być może tę różnicę dostrzegli.

17:25, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (3) »
piątek, 12 października 2007
Czy PO ma jeszcze szansę?

Do środy sądziłam, że tylko Władysław Bartoszewski może jeszcze uchronić Platformę Obywatelską od klęski. A tu niespodziewanie Platformie zaczął pomagać Aleksander Kwaśniewski, którą swoją kolejną  niedyspozycją uderza w wizerunek LiD-u.
Najnowsze sondaże potwierdzają tendencje występujące w innych badaniach: PiS zyskuje, Platforma traci. Bo nie ma co przywiązywać wagi do konkretnych liczb. Liczy się to, czy krzywa notowań wznosi się czy opada. 
Kampania wyborcza Prawa i Sprawiedliwości jest niezwykle sprawna. Ale też zaczęła się o wiele wcześniej niż ogłoszono wybory. Jarosław Kaczyński już na samym początku swoich rządów postawił sobie jeden cel: skonsumowanie przystawek. I konsekwentnie przejmuje elektorat Samoobrony i LPR – badania wyraźnie na to wskazują.
Do kampanii zaprzęgnięto prokuraturę i CBA. Prowokacja wymierzona w Leppera. Bardzo dobra reklamówka komitetu wyborczego PiS nazywana niesłusznie konferencją prasową prokuratury w sprawie zarzutów wobec Janusza Kaczmarka. Teraz mamy kolejne taśmy dotyczące doktora G. oskarżonego o korupcję, które ostatnio ujawnił Zbigniew Ziobro. I do tego reklamówki z serii „Mordo ty moja” – szkodliwe dla Polski – ale też niezmiernie sugestywne. Na usługach PiS jest telewizja publiczna. Kaczyńscy mogą też liczyć na Radio Maryja. To wszystkie daje dobre efekty sondażowe.
W debacie z Kwaśniewskim premier wypadł dobrze: był miły, ciepły, acz stanowczy. W potyczkach słownych jest lepszy od Donalda Tuska. Przekonująco komentuje kolejne ataki lidera PO. Tusk porównał go do Urbana, a tego typu zestawienia już się zużyły, szczególnie po tym, jak Stefan Niesiołowski lidera PiS porównał do Gomułki.  Kaczyński po tym ataku ze spokojem nawoływał, by szef Platformy zachował resztki godności i twierdził, że już żadne porównania go nie zdziwią. Z ochotą pokazuje się z Nelly Rokitą, aby przypomnieć, że PO straciła jeden ze swoich poważnych atutów w postaci Jana Marii. Być może liderzy PO po odejściu Rokity odetchnęli z ulgą, bo już mieli dosyć fochów niedoszłego premiera z Krakowa. Ale też nieobecność tego polityka obnażyła słabość Platformy: brak wyrazistych polityków, potrafiących celnie punktować politycznych przeciwników. Ani Bronisław Komorowski, ani Grzegorz Schetyna ani Bogdan Zdrojewski nie są w stanie dorównać Rokicie.
Nadzieją Tuska na odrobienie strat mogą być debaty z Kwaśniewskim i Kaczyńskim. Tusk musi za wszelką cenę przypomnieć o sobie opinii publicznej, bo ostatnia debata Kaczyński – Kwaśniewski wypchnęła lidera PO z głównego nurtu kampanii. Tusk to rozumie i dlatego chce nie tylko starcia w TVP, ale wprasza się także do Radia Maryja. Wie bowiem, że niezależnie od wyniku tego spotkania  przyciągnie ono rzesze widzów i słuchaczy.
Wielkim atutem PO jest dziś Władysław Bartoszewski. Jego autorytet, cięty język, i umiejętność formułowania jasnego przekazu może odwrócić niekorzystny dla PO trend. Ale i Kwaśniewski zdaje się działać dziś na korzyść PO. Byłemu prezydentowi można wybaczyć jedną wpadkę z alkoholem, ale gdy mamy do czynienia z serią niedyspozycji – to może wzbudzać uzasadniony niepokój wyborców. Czy aby kandydat LiD na premiera rzeczywiście jest dziś godny zaufania?  W tej sytuacji grupa wyborców wahających się między LiD a PO może wskazać to drugie ugrupowanie. Wyborcy mogą też kalkulować w taki oto sposób: nie znoszę PiS, a tylko Platforma ma szanse na odebranie Jarosławowi Kaczyńskiemu palmy pierwszeństwa.

W dzisiejszej debacie Tusk musi się zaprezentowac jak lider opozycji z prawdziwego zdarzenia: zdecydowany, energiczny, pewny siebie. Musi udowodnić, że ten wizerunek wiecznego chłopca, niezbyt pracowitego, lekkomyślengo, trochę zagubionego w ogniu krytyki PiS, należy już do przeszłości.


Emocje rosną i do 21 października prognozowanie, kto wygra wybory nadal jest zajęciem przypominającym wróżenie z fusów.

11:24, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 08 października 2007
Monika Kern w sidłach służb

W sobotnio-niedzielnej Rzepie tekst Agnieszki Rybak o wicemarszałku Andrzeju Kernie. Autorka przypomina starą historię córki wicemarszałka Moniki, która uciekła z domu ze swoim chłopakiem. Rybak przypomina, że media w większości przypadków stanęły po stronie młodych zakochanych, a przeciwko Kernowi. Dziś ta historia nie wygląda jednoznacznie. O ile zgadzam się z tezą, że dziennikarze w zbyt różowych kolorach przedstawiali rodzinę chłopaka Moniki i nie rozumieli walki Kerna o córkę, to już budowanie przez Agnieszkę Rybak teorii, że cała historia była spreparowana przez ludzi PRL-owskich służb wydaje się – delikatnie mówiąc – naciągana. Autorka snuje takie rozważania, podając informację, że reżyser filmu, który na bazie tej historii nakręcił film „Uprowadzenie Agaty” współpracował ze tymi służbami. Kolejnym dowodem na to ma być fakt, że zarówno były chłopak Moniki jak i cała rodzina Malisiewiczów wyjechała i nie wiadomo gdzie jest. To tyle jeśli chodzi o dowody na spisek, który miał utrącić Kerna i jego prace nad ustawą dekomunizacyjną. Agnieszka Rybak pominęła zresztą w swoim tekście zarzuty pod adresem Kerna, że w walce o córkę nadużywał swoich wpływów. Nie przypomina, że pani Malisiewicz została wówczas nieźle przeczołgana przez organy ścigania. Prawda jednak wydaje się banalna: młoda dziewczyna zaszalała i wpadła w nieodpowiednie towarzystwo. Sprawa została nagłośniona i tyle. Rodzina Kernów nie bardzo chce to przyjąć do wiadomości. Winą za swoje niepowodzenia były wicemarszałek wciąż obarcza jakieś tajemnicze lobby. Nie wiem co stało na przeszkodzie, aby Jarosław Kaczyński jeszcze w wyborach 2001 roku wziął na swoje listy Kerna . I nie wiem dlaczego teraz Kern nie kandyduje. Czyżby tajemnicze lobby miało wpływ na liderów PiS?

18:27, dominika.wielowieyska , Polityka
Link Komentarze (14) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7