O polityce, o gospodarce i o stu innych sprawach - Dominika Wielowieyska
Kategorie: Wszystkie | Gospodarka | Polityka
RSS
czwartek, 15 listopada 2007
Przeciwko podatkowi liniowemu

Platforma Obywatelska nie powinna upierać się przy wprowadzeniu podatku liniowego. Wystarczy obniżyć te stawki, które wcześniej przeforsował PiS i mieć z głowy jeden ze spornych punktów z PSL.

W dłuższej perspektywie podatek liniowy na poziomie 15 proc. na pewno opłaciłby się gospodarce. Bo bogaci prawdopodobnie  inwestowaliby te pieniądze, a nie przejadali. Faktem jest także i to, że podatek liniowy wciąż oznacza, że bogaci płacą więcej od biednych.  A jeżeli liniowy przyczyniłby się do pobudzenia wzrostu gospodarczego, to skorzystaliby na tym wszyscy, także ci mniej zamożni. Problem jednak polega na tym, że w odczuciu społecznym byłby to przede wszystkim prezent dla najzamożniejszym. Dlatego trudno brać po uwagę jedynie rachunek ekonomiczny.  

Jako obywatele jesteśmy różni pod każdym względem, różne mamy umiejętności i zdolności, różne zdarzenia losowe spotykają nas w życiu. Ludzie z wyższym wykształceniem, którzy  wykonują intratne zawody, nie mają niepełnosprawnych dzieci, będą zawsze zarabiać więcej. Czy nie jest więc sprawiedliwe, by płacili znacząco więcej do wspólnej kasy niż ci, którzy na wystawne życie nie będą mieli szans z założenia? Minimum solidaryzmu społecznego jest nam potrzebne.  Nauczyciel nie będzie zarabiał tyle co wzięty prawnik, a przecież potrzebujemy w szkołach ludzi wykształconych, dobrze przygotowanych i niesfrustrowanych. Trzeba mieć pieniądze na to, by im zapłacić. Donald Tusk obiecał podwyżki w sferze budżetowej.

Pozostawienie wyższej stawki na lepiej zarabiających ma swoje głębokie uzasadnienie. Ludzie zamożni powinni z założenia brać większą odpowiedzialność na państwowe finanse. Ale też z tego tytułu powinni być naprawdę szanowani, a nie wyzywani od złodziei. Ludzie mniej zarabiający powinni mieć poczucie, że żyją w państwie, w którym szanse na życie w godziwych warunkach są wyrównywane.

To nie znaczy, że PO ma odstąpić od obietnicy obniżania podatków. Jeśli za sprawą nowej koalicji stawki zeszłyby w dół z poziomu 18 i 32 proc. (mają obowiązywać od 2009 roku) do 15 i np.20- 25 proc. to będzie to bardzo znaczący krok. W porównaniu z dniem dzisiejszym najbogatsi zyskają aż 15 proc. obniżki. Stawka 20-25 proc. będzie należeć do jednej z najniższych z Europie. Jeśli jeszcze minister finansów ustawi próg dla tej stawki odpowiednio wysoko, to wówczas system ten będzie bardzo zbliżony do podatku liniowego, bo to 25 proc.  obejmie naprawdę zamożnych Polaków. Ten poziom podatków będzie już wystarczającą zachętą do wychodzenia z szarej strefy. I może spowodować wzrost dochodów budżetowych.

Poza tym są w Polsce sprawy pilniejsze od obniżania podatku najbogatszym: choćby dalsze obniżanie składek ZUS-owskich do takiego poziomu, by rzeczywiście reforma ta wyciągnęła z szarej strefy sporą liczbę obywateli. Dziś, pracując na czarno, nie odkładają oni nic na swoją emeryturę. To zemści się za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat. A wprowadzenie obu reform oznaczałoby potężne obciążenie dla budżetu w krótkiej perspektywie, a więc wysoki deficyt, co także szkodzi gospodarce.

I wreszcie problem polega na tym, że bez PSL Platforma nie zdoła przegłosować podatku liniowego w Sejmie. A bez PSL-u i bez LiD-u nie zdoła obalić weta prezydenta. Ta walka jest więc z góry skazana na porażkę. Po co więc marnować energię?

15:30, dominika.wielowieyska , Gospodarka
Link Komentarze (16) »
środa, 31 października 2007
Platforma upaja się władzą?

Zbigniew Chlebowski, jeden z liderów PO, oświadczył publicznie, że Platforma rozważa wycofanie się z obniżki składek ZUS-owskich (konkretnie rentowej), którą uchwalił Sejm mijającej kadencji. Dodał, że obniżkę można zostawić jedynie dla osób podejmujących pracę lub otrzymujących pensję na poziomie płacy minimalnej.

ZUS już skrytykował te plany. Szef ZUS-u Paweł Wypych powiedział, że trudno będzie w tak krótkim czasie zmienić program Płatnik, którym posługują się firmy. Na to Chlebowski zasugerował, że Wypycha trzeba po prostu wyrzucić. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. To ten sam poseł Chlebowski, stonowany, rozsądny? Czyżby władza uderzyła do głowy? Jak można formułować takie groźby? Wypych należy do tych PiS-owskich nominacji, które można określić mianem rozsądne. Tymczasem reakcja Chlebowskiego przypomina najgorsze wzorce, ustanowione przez Jarosława Kaczyńskiego. Chlebowski nie wie, jak praktycznie wyglądałaby zmiana programu, by zrealizować zapowiedzi PO, ale nie waha się straszyć urzędnika zwolnieniem, bo ten mówi niewygodne rzeczy.

Zresztą obniżanie składek tylko niektórym jest najgorszym z możliwych pomysłów. Takie wyjątki od wyjątków w każdym systemie - czy to składek ZUS-owskich, czy podatkowym czy jakimkolwiek innym - sprzyjają kombinowaniu. Im prostsze reguły, tym mniejsze pole do nadużyć. Proponując obniżkę jedynie tym najmniej zarabiającym kusimy i pracodawców i pracowników do ustalania pensji na najniższym poziomie, bo dzięki temu zapłacą oni niższą składkę. Reszta płacy będzie dawana pod stołem. Po co tworzyć system, zachęcający do kombinowania? To oznacza niższe wpływy do państwowej kasy.  Wycofanie się z obniżki składek uważam za błąd. Powinny być one nadal obniżane, nawet jeśli opóźni to obniżkę podatków. Wyciągnięcie ludzi z szarej strefy tak, by pracowali oficjalnie, jest z najbardziej palących problemów. Osoby te nie odkładają nic na swoją emeryturę, z czego będą żyły na starość? Główną barierę wejścia do oficjalnego obiegu są właśnie składki ZUS-owskie. Warto, aby nowy rząd wziął pod uwagę te argumenty.

10:51, dominika.wielowieyska , Gospodarka
Link Komentarze (2) »
czwartek, 25 października 2007
Solska o bogaczach

Bardzo polecam artykuł Joanny Solskiej w ostatniej „Polityce” o losie polskich milionerów. Dlaczego milioner nie może sobie pozwolić na 6-miesięczny areszt? – zajrzycie do tekstu, a będziecie wiedzieć.

Ten materiał to dobre podsumowanie kłopotów naszych bogaczy, dla których głównych testem ich prawdziwych zdolności biznesowych będzie to, czy odcięci od państwowych konfitur potrafią sobie radzić samodzielnie. Ten sposób spojrzenia na sprawę zawsze mi odpowiada: spokojna analiza bez oszalałej misji antykorupcyjnej przy jednoczesnej świadomości, że styk biznesu i polityki może przybierać charakter patologiczny – i co tu się oszukiwać – przybierał.
Dość kąśliwy fragment  o Dominice Kulczyk i Janie Lubomirskim: ciekawe, kim była owa dziennikarka, która nieopatrznie wybrała się na ich ślub. Swoją drogą pamiętam, jak wspomniana para organizowała bal na zamku w Wiśniczu, to wiele osób z kręgu Lubomirskich reagowało na tę inicjatywę niechętnie. Żartowano sobie po cichutku, że kluczowymi gośćmi imprezy byli szefowie koncernu PKN Orlen  Zbigniew von Wróbel oraz Sławomir von Golonka.
Ale ten kawałek obyczajowy to tylko dygresja. W tekście jest wiele innych ciekawych spostrzeżeń, więc zachęcam do lektury.

10:28, dominika.wielowieyska , Gospodarka
Link Komentarze (7) »
środa, 26 września 2007
PiS w pościgu za mediami

Sprawa Tomasza Lisa powinna zmusić środowisko do poważnej refleksji: czy nie zamierzamy w kierunku modelu, w którym władza jest w stanie doprowadzić do wyrzucenia z prywatnej stacji telewizyjnej niepokornego, krytycznego wobec owej władzy  dziennikarza. Sekwencja zdarzeń wskazuje na to, że tak. Oto do spółek Zygmunta Solorza właściciela Polsatu wkraczają dzielni funkcjonariusze w celu zbadania legalności interesów tegoż biznesmena, a następnego dnia zapada decyzja o odsunięciu Lisa od nadzorowania „Wydarzeń” głównego programu informacyjnego stacji. Tłumaczenie, że Lis mógłby dalej prowadzić swój program „Co z tą Polską?” nic nam nie daje. Wszyscy ci, którzy znają jego fatalny charakter, wiedzieli od razu, że rzuci wszystko. Myślę, że Zygmunt Solorz to też przewidział. Oczywiście przyczyn rozstania Lisa z Polsatem było zapewne więcej, ale ten powód wydaje się dziś najważniejszy. Ktoś mógłby rzec: po co tyle hałasu o jednego gościa. Rzeczywiście, nie o niego tu chodzi, ale o zasady, które panują demokratycznym państwie. Rynek telewizyjny jest niezwykle płytki, pluralizm mediów elektronicznych jest poważnie ograniczony przez fakt, że publiczne radio i telewizja były od zawsze uzależnione silnie od polityków. Dziś to uzależnienie osiąga apogeum, porównywalne tylko z telewizją Roberta Kwiatkowskiego. Ale i Kwiatkowski chyba nie dorównuje braciom Kaczyńskim i ich wiernemu poplecznikowi Andrzejowi Urbańskiemu, obecnemu prezesowi TVP.

Z kolei media prywatne są uzależnione od państwa, szczególnie od upolitycznionej Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Wiemy przecież, że PiS szuka układu nie tylko w Polsacie, a i TVN i innych firmach medialnych. Bo bracia Kaczyńscy, a w szczególności Jarosław nie w stanie zaakceptować sytuacji, w której jego rząd jest krytykowany przez wolne media. Wyraźnie więc dąży do tego, by zamknąć tym mediom usta. Już przed Lisem mieliśmy masę niepokojących przykładów.

Słyszymy o poważnym konflikcie Jerzego Targalskiego, wiceprezesa Polskiego Radia  z dziennikarzami, którzy odmawiają puszczania teczkowych przecieków z ogródka Antoniego Macierewicza. Wcześniej z powodu Targalskiego odchodzi ceniony dziennikarz Maciej Łętowski, o którym na pewno nie można powiedzieć, że jest „złogiem PRL”. Wokół nich szumu nie było i nie będzie, bo nie są tak sławni jak Lis. Ale oni też wymagają wsparcia. Podobną gehenną przeżywali i przeżywają dziennikarze „Wiadomości”, z których część uciekła już z tej redakcji.

Z „Rzeczpospolitej” odchodzi czołowy dziennikarz śledczy Bertold Kittel. W dramatycznym liście Kittel wskazuje przyczyny swojego buntu: uzależnienie jego rodzimej gazety od władzy. Państwo ma w „Rzeczpospolitej” mniejszościowe udziały. W tej redakcji powstaje tekst o działalności ministra Zbigniewa Ziobry, opowiadający o manii nagrywania i podsłuchiwania. Tekst nie idzie, bo szefowie twierdzą, że za mało było dowodów na poparcie tezy lansowanej przez Kittla. W porządku. Ale przecież wiele z tych faktów potwierdził później  b. szef MSWiA Janusz Kaczmarek i inni dziennikarze. Może więc trzeba było ten tekst opublikować później? A przynajmniej podjąć taką próbę? I znów trudno wchodzić w wewnątrzredakcyjne spory, podjęcie decyzji w tej sprawie oczywiście mogło być o wiele bardzo skomplikowane niż nam się wydaje i być może były też inne względy niż opór przed atakowaniem władzy.  Jednak już wcześniej słyszeliśmy o zdjęciu tekstu o telewizji publicznej rządzonej przez PiS.

Owszem pluralizm mediów polega na tym, że jeden redaktor naczelny coś puszcza, a drugi – nie, bo mu się nie podoba. Publicyści „Rzeczpospolitej” też czasami ganią Kaczyńskich. I gdyby rząd traktował media tak jak to się dzieje w cywilizowanych krajach, nie miałabym do „Rzeczpospolitej” pretensji. Ale jest inaczej. Mamy do czynienia z jakimś szaleństwem władzy, na które trzeba zareagować.

Wiemy dziś, że liczni dziennikarze, między innym Wojtek Czuchnowski z „Gazety”, ale też ludzie z „Rzeczpospolitej” byli podsłuchiwani, i te podsłuchy były stosowane prawdopodobnie na granicy prawa, jeśli nie nielegalnie. Mamy też relacje Andrzeja Leppera, który opowiada, jak Jarosław Kaczyński zapowiadał prześwietlanie kolejnych ludzi mediów, podejrzanych z założenia, bo przecież atakują antykorupcyjny rząd. Lepper i Kaczmarek niewiarygodni? Dobrze, ale tak się jakoś składa, że nagromadzenie tych faktów układa się w jedną całość i akurat w tych kwestiach obaj panowie mogą mówić prawdę. Nawet jeśli trochę koloryzują, to rzecz wygląda przerażająco.

To nie jedyne próby ograniczania niezależności i zastraszania.

Kilka miesięcy temu   Janusz Kaczmarek, jako zastępca Ziobry – zanim jeszcze go olśniło, co jest przyzwoite, a co nie -, zapowiadał publicznie, że prokuratura już pilnie się przygląda niektórym żurnalistom, którzy o PZU i o b. ministrze skarbu Emilu Wąsaczu piszą nie w taki sposób, jakby życzyła sobie tego władza. Pierwszy zareagował nasz publicysta Witold Gadomski, zapraszając prokuratorów do siebie.

Czy środowisko dziennikarskie nie powinno zareagować solidarnie na te niepokojące zjawiska? Czy nie mamy do czynienia z zastraszaniem mediów z użyciem państwowej machiny? SDP milczy, podobnie jak Rada Etyki Mediów.  A to przecież nie są jednostkowe przypadki. To plaga.  Tych mediów oczywiście do końca zastraszyć się nie da, ale niepojące jest to, że niezbyt pluralistyczny rynek telewizyjny zamienia się już powoli w poletko doświadczalne PiS. Dodajmy jeszcze do tego tworzenie platformy cyfrowej za wsparciem Polkomtela pod wodzą przyjaciela Kaczyńskich Adama Glapińskiego, do której prawdopodobnie stacje prywatne nie będą miały dostępu. No, chyba, że będą grzeczne jak Zygmunt Solorz. Naprawdę Włodzimierz Czarzasty, niby taki biegły w dławieniu i zawłaszczaniu mediów elektronicznych, mógłby chodzić po nauki do braci Kaczyńskich.

15:20, dominika.wielowieyska , Gospodarka
Link Komentarze (25) »
wtorek, 19 czerwca 2007
Kto jeszcze pamięta o hutach?

Powrót sprawy Dochnala daje mi okazję do pochwalenia się swoimi tekstami sprzed lat. Otóż to właśnie "Gazeta Wyborcza" moim piórem krytykowała rząd Leszka Millera za nieprzejrzyste reguły gry w czasie prywatyzacji Polskich Hut Stali w 2003 roku , my pierwsi opisaliśmy podejrzane praktyki, jakie miały miejsce w ministerstwie przy okazji tej prywatyzacji. Efektem tych zarzutów są kłopoty b.wiceministra skarbu Andrzeja Szarawarskiego z wymiarem sprawiedliwości. Najbardziej zabawne są zarzuty LPR, że Gazeta sprzyjała Janowi Kulczykowi. W GW pojawiło się mnóstwo tekstów, w których dziennikarze dokładnie przyglądali się interesom tego biznesmena, a także jego żony.

 Wracając do PHS podrzucam czytelnikom mój stary tekst na ten temat.

 Gazeta Wyborcza nr 155, wydanie waw z dnia 05/07/2003 - 06/07/2003 GOSPODARKA, str. 25

[pagina] WIADOMOŚCI
[podpis] DOMINIKA WIELOWIEYSKA
Analiza, Prywatyzacja PHS * Nadal czekamy na decyzję komisji przetargowej
Minister udaje Greka

W sprawie rozstrzygnięcia przetargu na sprzedaż Polskich Hut Stali minister skarbu Piotr Czyżewski jest jak bohater greckiej tragedii. Jakąkolwiek decyzję podejmie, będzie zła

O Huty stara się dwóch inwestorów - amerykański US Steel i brytyjsko-hinduski LNM. Kilka miesięcy temu doradca US Steel bank JP Morgan zawiadomił ministra skarbu Sławomira Cytryckiego, że spółka Invex złożyła mu ofertę korupcyjną, powołując się na wiceministra skarbu Andrzeja Szarawarskiego. Prokuratura wszczęła śledztwo i postawiła zarzut przedstawicielom Inveksu. Jednocześnie w prokuraturze pojawiły się zeznania wiążące Szarawarskiego z Inweksem, ale sam wiceminister wypierał się kontaktów z tą spółką. Ostro krytykował US Steel i - mimo iż przetarg był niezakończony - uznał ofertę Amerykanów za złą.

Szarawarski zrezygnował z nadzoru prywatyzacji PHS dopiero na jeden dzień przez przygotowaniem przez komisję przetargową rekomendacji dla ministra.

Z nieoficjalnych informacji wynika, że ostatecznie LNM zaproponował lepsze warunki finansowe niż US Steel. Z drugiej strony inwestycje US Steel na Słowacji mają dobrą ocenę. A czy deklaracje finansowe LNM są wiarygodne? "Hinduski Ispat, który wchodzi w skład koncernu LNM, miał kłopoty z dotrzymaniem swoich zobowiązań w Czechach" - napisał praski dziennik "Mlada Fronta Dnes" w maju zeszłego roku. Chodzi o inwestycję w zakładach hutniczych w Ostrawie, gdzie Ispat nie był w stanie wywiązać się z obietnicy zainwestowania 150 mln dol.

Pierwsze wyjście - minister skarbu wybiera LNM. Może się wtedy narazić na zarzut wskazania mniej wiarygodnego partnera. Zaczną się dociekania, czy przypadkiem nie powtórzy się historia Daewoo, które obiecało złote góry w porównaniu z innymi inwestorami, a dziś głowimy się, co począć z tym fantem. Co gorsza, w czasie dalszego śledztwa w sprawie łapówkarskiej propozycji wobec US Steel mogą wyjść na jaw kompromitujące szczegóły postępowania przetargowego. A to może być podstawą do zakwestionowania wyniku przetargu.

Drugie wyjście - minister Czyżewski wskazuje US Steel. Będzie wówczas krytykowany za wybór gorszej finansowo oferty wbrew rekomendacji komisji przetargowej. Można mu będzie zarzucić, że ugiął się pod presją inwestora, który rzucił podejrzenie na wiceministra Andrzeja Szarawarskiego.

I wreszcie trzecie wyjście - unieważnienie przetargu, co też jest fatalne, bo Polskie Huty Stali potrzebują inwestora już teraz. Każde przeciąganie decyzji pogarsza i tak fatalną już kondycję PHS. Unieważnienie tego przetargu potwierdzi zasadę, że rząd Millera nie jest w stanie zakończyć żadnej prywatyzacji - dzieje się tak w przypadku Rafinerii Gdańskiej, zakładów energetycznych G-8. Byłoby tak i z PHS.

Premier, minister skarbu i minister gospodarki w poniedziałek lub we wtorek mają ogłosić ostateczną decyzję. W piątek nie mogli, bo 4 lipca to amerykańskie święto narodowe i ogłoszenie, że US Steel musi odjechać z kwitkiem, nie byłoby zbyt eleganckie. Ale nasz przyjaciel George Bush i tak pewnie spyta, jak to w Polsce jest z tymi przetargami, bo - jak ćwierkają wróble - przedstawiciele amerykańskiej administracji żywo interesowali się tą prywatyzacją.

[-]

Nie zazdroszczę Leszkowi i Millerowi i jego ministrom tej sytuacji. Jednak też ciśnie mi się na usta: sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało. Zamiast zadbać, aby przetarg był całkowicie przejrzysty, i odsunąć Andrzeja Szarawarskiego już na samym początku - może zmienić komisję przetargową - tylko uśmiechaliście się tajemniczo i mówiliście, że nie ma żadnego problemu. Teraz wypijcie to piwo, panowie.

Przykre tylko, że to Polskie Huty Stali i ich pracownicy mogą odczuć bolesne konsekwencje rządowych decyzji.

DOMINIKA WIELOWIEYSKA

15:56, dominika.wielowieyska , Gospodarka
Link Komentarze (3) »
środa, 06 czerwca 2007
SLD i Samoobrona obniżą pensje najmniej zarabiającym?

Mój feletion na temat podniesienia płacy minimalnej wywołał gorącą dyskusję na forum, postanowiłam więc odpowiedzieć na niektóre wpisy. Dla tych, którzy tekstu nie znają odsyłam doń w portalu Gazeta.pl/gospodarka

 http://gospodarka.gazeta.pl/gospodarka/1,33211,4199171.html

W felietonie opisałam pewne zjawisko: w małych firmach pracodawcy zatrudniają ludzi ooficjalnie płacąc im pensję minimalną, a resztę dają pod stołem, by nie płacić wysokich składek ZUS. Bowiem ZUS zabiera już od pensji minimalnej ponad 400 zł, a sam pracownik bierze na rekę 600 zł z kawałkiem. A wraz ze wzrostem pensji, haracz ZUS-owski jest oczywiście większy. Napisałam więc, że dla wielu pracowników podwyższenie płacy minimalnej może oznaczać zmniejszenie zarobków, bo pracodawca będzie musiał zapłacić ZUS więcej i o tę sumę zmniejszy nieoficjalną część pensji. Na forum odezwały sie głosy, że popieram pracodawców, którzy oszukują państwo, a na dodatek chcę pognębić najmniej zarabiającyh.

Co kwestii pierwszej - jak wielu innych internautów już to zauważyło - opis zjawiska nie oznacza, że cokolwiek popieram. Uważam jedynie, że trzeba tworzyć taki system, który zachęca do przestrzegania prawa, a nie łamania. Wolę to niż rozbudowane służby, które teraz będą ścigać wszystkich pracujących na czarno. Dlatego uważam, że ponosić płacę minimalną można, ale przy jednoczesnym obniżaniu składek ZUS-owskich. Może początkowo ta obniżka nie byłaby wysoka, ale powinno się rozłożyć na lata, by zachęcać ludzi do wychodzenia z szarej strefy. Przykręcanie śruby pracodawcom jest wbrew interesom nas wszystkich i może także spowodować, że firmy coraz częśćiej będą wyprowadzać produkcję poza granice naszego kraju. Dlatego każda taka decyzja, która rzekomo ma pomóc najmniej zarabiającym, czasami powoduje skutki odwrotne od zamierzonych. I te przemyślenia dedykuję Samoobronie oraz SLD, które chcą podwyższać pensję minimalną, nie zmieniejąc składek ZUS.
 

 

 

 

 

15:30, dominika.wielowieyska , Gospodarka
Link Komentarze (9) »
wtorek, 22 maja 2007
Jak długo potrwa radość z podwyżek

Podwyżki mogą być symptomem bardzo groźnego zjawiska: braku rąk do pracy, braku specjalistów w różnych branżach. Możliwy skutek: firmy zwiększają koszty, stają się mniej konkurencyjne, ceny usług i towarów idą w górę. A my za wyższe pensje kupujemy mniej i na dodatek gorszej jakości. Czyli per saldo na tym stracimy

Rosnące pensje i brak wykwalifikowanych robotników będą coraz większym obciążeniem dla rodzimych pracodawców, gdy kolejne rynki pracy staną otworem przed Polakami. To dobrze, bo pełna swoboda na rynku pracy pomoże wykorzystać optymalnie możliwości drzemiące w poszczególnych krajach i potencjał pracowników. I będzie dla pracodawców wielkim ułatwieniem. A dla nas wszystkich oznacza to niezwykłe możliwości rozwoju zawodowego, wyboru spośród wielu ofert. Ale to oznacza również, że jeśli chcemy myśleć o utrzymaniu wzrostu gospodarczego już dziś potrzebne jest całkowite otwarcie polskiego rynku pracy dla obcokrajowców.
W Polsce bezrobocie zmniejsza się gwałtownie. Już teraz należy sobie zadać pytanie, czy ono istnieje naprawdę? Czy stopa bezrobocia nie opisuje przypadkiem liczby osób w ogóle niezainteresowanych pracą oraz ludzi, którzy pracują na czarno? Oczywiście w pewnych grupach społecznych i zawodowych brak pracy pozostanie nadal problemem, myślę o osobach niepełnosprawnych, o samotnych matkach mających na utrzymaniu chore dzieci itd. Tu pomoc państwa w znalezieniu zajęcia jest niezbędna. Jednak przed większością pracowników rysują się świetlne perspektywy. Liczba miejsc pracy prawdopodobnie będzie rosnąć, bo np. rosnąć będzie wykorzystanie unijnych pieniędzy na rozliczne projekty infrastrukturalne i nie tylko.

Dlaczego istotne jest otwracie rynku pracy głównie dla naszych wschodnich? Nie chodzi o niewykwalifikowaną siłę roboczą, bo ta akurat pracuje u nas nielegalnie od dawna, ale przede wszystkim ze względu na osoby wykształcone: lekarzy, pielęgniarki, inżynierów. Oni nie będą mogli pracować na czarno w swoich zawodach.
Liberalne podejście do rynku pracy może niektórych przerażać. Bo to może oznaczać większą konkurencję w walce o dobre posady. Może też zahamować wzrost pensji. Ale w dłuższej perspektywie oznacza wzmocnienie wzrostu gospodarczego. Bez większej konkurencji na rynku pracy możemy mieć kłopoty z wykorzystaniem unijnych funduszy, bo nie będzie komu robić. A i my wszyscy będziemy bardziej zadowoleni, mogąc szybko i bez problemu znaleźć dobrego i taniego kafelkarza czy malarza pokojowego.

Lepiej, aby wzrost pensji był efektem trwałego wzrostu gospodarczego niż braku rąk do pracy. Nasze potrzeby jeśli chodzi o pracowników służby zdrowia na pewno będą rosły, bo rząd PiS-u nie jest w stanie – ze względu na nieudolność i ideologiczne ograniczenia – zreformować ten sektor, wprowadzić dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne czy płatności za część usług. Nie będzie więc stałego źródła dochodów dla Narodowego Funduszu Zdrowia, które mogłoby rozwiązać problem podwyżek dla lekarzy. Tym samym nasi medycy nadal będą wyjeżdżać z kraju.

Oczywiście politycy będą biadolić i wytykać, że to straszne, że nasi specjaliści na koszt państwa polskiego zdobyli wykształcenie, a teraz zamiast służyć Polsce wybrali wysokie pensje w euro. Odpowiadam: szkolnictwo wyższe też wymaga reformy  i opłat ze strony studentów wspartego systemem preferencyjnych kredytów na studia. Kredyty te byłyby spłacane dopiero wtedy, gdy absolwent będzie mógł podjąć pracę. Wtedy nikt do nikogo nie będzie miał pretensji o to, że swoje umiejętności wykorzystuje poza granicami naszego kraju. Równolegle z tymi reformami powinniśmy obniżać składki ZUS-owskie, aby jak największą część fałszywych bezrobotnych wyciągnąć z szarej strefy.

Cały ten pakiet zmian zapewniłby Polsce dynamiczny rozwój, ale wymagałby od rządzących podjęcia niepopularnych decyzji, których część w krótkiej perspektywie nie byłaby przyjemna dla Polaków. Ale w dłuższej – na pewno przyniosłaby dobre efekty i pomogłaby nam w pełni wykorzystać niezwykłą szansę, jaką dało nam wstąpienie do Unii Europejskiej.
To fakt: na polskim rynku pracy zaczyna się prawdziwa rewolucja. I od rządzących zależy, jakie przyniesie rezultaty.

Wejdź też http://www.gazetawyborcza.pl/1,80852,4154068.html

22:07, dominika.wielowieyska , Gospodarka
Link Komentarze (10) »
środa, 14 marca 2007
PiS lubi układy
W 2009 roku mieliśmy skończyć z monopolem Poczty Polskiej. Teraz okazuje się, że Polska walczy o przesunięcie tej daty, bo Poczta się niedostatecznie przygotowała do tej operacji. Jest to wielki skandal. Dlaczego wszyscy obywatele mają płacić zawyżone ceny usług pocztowych i męczyć się w tasiemcowych kolejkach, tylko dlatego, że szefowie Poczty są nieudolni? Polski rynek jest za mało konkurencyjny. W głowach polskich polityków ciągle siedzi nakazowo-rozdzielcza gospodarka socjalistyczna. Ostatnio dziarscy posłowie chcą decydować ile aptek ma przypadać na określoną liczbę kilometrów kwadratowych. Bo rzekomo aptek jest za dużo, a jak będzie mniej, to aptekarze będą mieć większe obroty i obniżą marże. Włos jeży się na głowie, jak się słyszy takie głupoty. A jeszcze lobby aptekarskie chce zablokować sprzedaż leków przez internet. Wszystkie tego typu machinacje oznaczają jedno: wyższe ceny, gorsza jakość usług. Nie mogę pojąć jak PiS może tak ulegać branżowym lobby, ulegać tak przebrzydłym układom. Przecież to identyczny problem jak ten z korporacjami prawniczymi, które blokując dopływ młodych ludzi do zawodu, utrzymują wysokie ceny swoich usług. A PiS konsekwentnie tę patologię zwalcza. I słusznie. Rząd Jarosława Kaczyńskiego z udziałem Anny Streżyńskiej walczy z monopolistycznymi praktykami TP S.A. Dlaczego w jednych dziedzinach rządzący postępują zgodnie z interesem wszystkich obywateli, a w innych nie?
10:53, dominika.wielowieyska , Gospodarka
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 26 lutego 2007
Kluska kontra Kaczyńscy

Wywiad Romana Kluski w dzisiejszej  „Rzeczpospolitej” utwierdził mnie w przekonaniu, że współpraca tego biznesmena z rządem PiS będzie bardzo trudna. Obie strony mają bowiem kompletnie inną filozofię jeśli chodzi o przedsiębiorczość i związane z tym przepisy. Partia Jarosława Kaczyńskiego od początku lat 90. jest nastawiona na ściganie nieuczciwych przedsiębiorców i była za tym, by kolejne przepisy uściślały winę, wskazywały kolejne decyzje biznesowe, nie ujęte dotychczas w katalogu przestępstw.

Jednym ze sporów, który pokazywał różnicę w podejściu w tej kwestii była debata na temat uprawnień Najwyższej Izby Kontroli. Ówczesny jej szef Lech Kaczyński uważał, że państwo powinno zaostrzyć kontrolę nad sektorem prywatnym, a ówczesna Unia Demokratyczna gwałtownie przeciwko temu protestowała, tłumacząc, że administracja powinna w jak najmniejszym stopniu wtrącać się i kontrolować prywatne przedsięwzięcia. Ja wtedy rozumiałam argumentację Kaczyńskiego, bo rzeczywiście mieliśmy do czynienia z zalewem informacji o przestępstwach gospodarczych. Dziś uważam, że to Unia miała rację. Nawet jeśli w wyniku luźniejszych przepisów coś ktoś ukradnie, to jednak korzyści dla uczciwych przedsiębiorców i lepsze warunki dla ich egzystowania są wartością cenniejszą. A jedną z największych udręk biznesmenów są liczne i niekończące się kontrole. 

Nie sądzę jednak, aby swoje podejście do tego problemu zmienili politycy dawnego PC, obecnie PiS.  Opowiadają się raczej za ściślejszą kontrolą państwa nad wszelkimi instytucjami, za zwiększeniem represji i zaostrzeniem kryteriów, wedle których można kogoś uznać za winnego łamania prawa. Ostatnio rząd zapowiedział np. ostrzejsze kontrole jedoosobowych firm.
Tymczasem Roman Kluska uważa, że najlepszym okresem dla firm były rządy ministra przemysłu Mieczysława Wilczka przed 1989 rokiem(gabinet Mieczysława Rakowskiego). Głównie dlatego, że Wilczek postawił na całkowitą swobodę działalności gospodarczej. Początek ery Balcerowicza Kluska także uważa za w miarę niezły pod tym względem. Potem  parlament wyprodukował mnóstwo ustaw, krępujących aktywność przedsiębiorców. Większość czasu trzeba spędzać na studiowaniu przepisów zamiast myśleć o rozwoju swojego biznesu. Przypomnijmy, że bracia Kaczyńscy są zdecydowanymi zwolennikami tezy, że właśnie za Wilczka i Balcerowicza mieliśmy do czynienia z największymi patologiami.

W swojej diagnozie Roman Kluska ma po części rację, ale powrót do czasów Wilczka jest absolutną utopią, a ta wspaniała swoboda z tamtych czasów miała sporo wad m.in. to, że majątek państwowy przejmowało się na zasadzie prawa dżungli, że łatwo było oszukać kontrahentów doprowadzając firmę do bankructwa, wypompowując z niej wcześniej wszystkie pieniądze. Nie było bowiem prawa upadłościowego. Przykładów jest bez liku. Zgadzam się jednak, że zdejmowanie z przedsiębiorców kolejnych ciężarów dobrze przysłuży się gospodarce, tylko czy braciom Kaczyńskim będzie się to podobać? Nie chodzi tylko o to, że chcą kontrolować wszystko co się da, a sektor prywatny wydaje im się z gruntu podejrzany, ale są także wyczuleni na kwestie prawa pracy, które powinno- ich zdaniem- w większym stopniu chronić pracowników. A to z kolei nie zawsze jest w interesie pracodawców.
Ciekawa więc jestem, jaki będzie efekt starcia się tych dwóch odmiennych filozofii?

12:54, dominika.wielowieyska , Gospodarka
Link Komentarze (2) »
środa, 20 grudnia 2006
Kazik chce się sprawdzić w biznesie

Kazimierz Marcinkiewicz w 2005 roku  w kampanii wyborczej przekonywał, że gdy PiS dojdzie do władzy, to zasady powoływania szefów państwowych spółek zmienią się radykalnie. Będą organizowane jawne konkursy. Obiecanki cacanki. Prezesów przynosi się w teczkach. Ktoś powie: jaki sens mają konkursy, skoro komisja konkursowa i tak wybierze politycznych faworytów? A jednak konkursy warto organizować, bo opinia publiczna ma szansę przyjrzeć się kandydatom, a oni sami muszą sformułować jakąś wizję rozwoju spółki. Muszą się też wykazać pewnymi kompetencjami. Być może konkursy dalej dostarczałyby politycznych nominantów, ale przynajmniej ci najbardziej skompromitowani brakiem wiedzy i pomysłów odpadali w przedbiegach. Zaryzykowałabym twierdzenie, że obecny prezes PZU Jaromir Netzel przez konkurs by nie przebrnął.

Niestety po konkursach pozostało wspomnienie. Dziś Kazimierz Marcinkiewicz, jako niedawny ich promotor, chce tę ideę dobić osobiście. Wybiera się bowiem do zarządu jakiejś spółki skarbu państwa. I nic nie wspomina o żadnej procedurze konkursowej. Będziemy więc mieli klasyczną nominację polityczną, tym bardziej, że Marcinkiewicz nie ma doświadczenia biznesowego. "Kazik chce się sprawdzić w biznesie" - można by rzecz, parafrazując dawne powiedzenie byłego ministra skarbu Wiesława Kaczmarka a propos nominacji Stanisława Dobrzańskiego na prezesa PSE.

Można na rzecz spojrzeć także z drugiej strony. Marcinkiewicz był sprawnym szefem sejmowej komisji skarbu w poprzedniej kadencji. Jego wielką zasługą było to, że potrafił zręcznie ogrywać największych sejmowych populistów tak, by oni sami nie orientowali się, że ktoś ich wywiódł w pole. Tak było np. z sejmową uchwałą w sprawie rzekomego zakazu prywatyzacji PKO BP, która w rzeczywistości tego zakazu nie zawierała. Z tego powodu w rządzie pełnym populistów i szkodliwych koncepcji gospodarczych  taki Marcinkiewicz w spółce skarbu państwa może by się przydał, o ile będzie miał w zarządzie ludzi, którzy rzeczywiście znają się na zarządzaniu i specyfice firmy.

15:55, dominika.wielowieyska , Gospodarka
Link Komentarze (25) »
 
1 , 2